Reklama

Reklama

Złodzieje radości

Na chwilę ucieszyłem się z nominowania polskiego filmu do Oscara, ale długo to nie trwało. Upojony sukcesem reżyser, Paweł Pawlikowski, już w pierwszej wypowiedzi po ogłoszeniu nominacji uznał za stosowne zaznaczyć, że on identyfikuje się tylko z połową Polski. Drugą połowę uważa zaś za „zawistną, zakompleksioną, z którą nie chce mieć nic wspólnego”. I wyraża nadzieję, że ta „druga połowa” uzna jego film za „niepatriotyczny” i będzie się skręcać z zawiści.

Czy wyobrażacie sobie Państwo przedstawiciela jakiejkolwiek innej nacji, który tak kabotyńsko reaguje na prestiżowe zagraniczne wyróżnienie? Może w wypadku kraju rozdartego wojną domową... Chociaż nie, nawet kiedy Oscara dostała znakomita "Ziemia niczyja" Tarnovicia, reżyserowi nie przyszło do głowy, by wykorzystywać tę nagrodę do przywalenia nią w łeb konkurencyjnemu bośniackiemu plemieniu.

Rzecz tylko w pewnymi stopniu dotyczy tego, co nazywamy u człowieka "klasą", a czego brak wykazał pan Pawlikowski już w swych komentarzach po niepowodzeniu w konkursie "Złotych Globów". Pies go trącał - o tym, że artysta to ktoś taki, przez kogo tylko płynie "strumień piękności", ale on sam, delikatnie mówiąc, może pięknością bynajmniej nie być, wiemy dzięki wieszczowi już od dawna. Ale nie przypadkiem sięgam tu po skojarzenie z Bośnią, która jest skrajnym przykładem tego samego problemu, który mamy z Polską. I który mają ze sobą wszystkie państwa postkolonialne.

Reklama

Okupant, zaborca, kolonizator czy jakkolwiek go nazwiemy, hoduje własną - mądrze się mówi "kompradorską", czyli kolaborancką elitę, za pomocą której utrzymuje podbite tereny w posłuchu i eksploatuje je. Przekręconych "tutejszych", którzy prowadzą mu administrację, spisy rekruta, wybieranie podatków i tak dalej - w zamian za co są lepiej sytuowani od reszty podbitego społeczeństwa. Wynagrodzenie materialne nie jest jedyną nagrodą za kolaborację - jeśli metropolia bardzo dominuje nad swą kolonią, kompradorska część podbitej społeczności zyskuje także poczucie, że jest lepsza, bardziej cywilizowana. To w końcu przedstawiciele tej warstwy wykładają na lokalnych uniwersytetach, redagują gazety, piszą recenzje określające, co jest "wybitne", a co obciachowe, wyrokują o tym w mediach, a najbardziej fartowni dostają zaproszenia, granty czy nagrody u samego źródła cywilizacji i potem robią za autorytety.

Kiedy okupanta zabraknie, te dwie części społeczeństwa, skolonizowaną duchowo i zaciętą w oporze przed wynaradawianiem - co z kolei prowadzi naturalną drogą do pewnej ksenofobii i ciasnoty - bardzo trudno ze sobą pogodzić. W skrajnym wypadku Bośniaków - Serbów, którzy się "poturczyli", i Serbów prawosławnych - kończy się to długotrwałą wojną. U nas sytuacja różniła się w wielu znaczących szczegółach, ale prawidłowości działają te same.

W 1989 roku, jak pokazała to już "wojna na górze", wystartowały do istnienia dwie Polski, nawzajem sobie wrogie, nie rozumiejące się i po prostu nie przyjmujące do wiadomości tej drugiej Polski, a zwłaszcza jej prawa do istnienia. Stwierdzenie Bohdana Urbankowskiego, że w dzisiejszym życiu publicznym trzecie pokolenie Armii Krajowej walczy z trzecim pokoleniem UB i PPR, jest pewną przesadą, ale generalnie oddaje istotę rzeczy.

Elity PRL, przechrzczone przez michnikowszczyznę z podległości sowieckiej na wyznawców "europejskości", pragną za wszelką cenę zachować uprzywilejowaną pozycję i nadal skutecznie doić państwo i współobywateli, a elity odrastającej "dawnej" Polski, patriotycznej, bogoojczyźnianej, pragną te pierwsze odsunąć. Nie strzelamy do siebie, jak Serbowie, ale wzajemnie wykluczamy i - jak zwykle w takich razach - bardziej agresywną jest strona słabsza, a tą są, wbrew pozorom, "resortowe dzieci" i ta część społecznego awansu ostatnich lat, która za nimi podążyła w wykorzenienie, w niechęć do Polskości i palikociarską nienawiść do siebie samych, swojego wsiowego pochodzenia i swoich moherowych babć.

Mądrze nazywa się to oikofobią i to właśnie rzeczona oikofobia napędza emocje "lemingów", którzy o czymkolwiek by się chcieli wypowiedzieć - czy to bronić Owsiaka, czy zachwalać bieganie maratonów, czy potępić rzekomego "gwałciciela" - w drugim zdaniu nie potrafią nie wyrzucić z siebie bluzgu na Kościół, Rydzyka i wszystko, co im się z własnym nie dość "europejskim" pochodzeniem kojarzy.

Przepraszam, mam nadzieję, że nie jest to dla czytelnika nudne - pisałem książkę i piszę następną między innymi o tym, jak owo rozdwojenie określało Polaków przez cały wiek XIX, jak poszedł ze kolaboranckimi elitami PRL chłopski awans społeczny "Polski Ludowej" i jak je w pewnym momencie zdradził. Mnie to ciekawi, i Państwa też zachęcam, bo chwila zastanowienia daje perspektywę pozwalającą się wznieść ponad codzienne porcje plwociny, pogardy i nienawiści sączone w Polaków, zupełnie świadomie, przez rządzących, którzy tylko w "dziel i rządź", tylko w podsycaniu strachu i pogardy jednej części Polaków wobec drugiej widzą szansę utrzymania rządów.

Prawidłowość jest ogólna - polską specyfikę i nieszczęście stanowi brak przywódcy, który umiałby na pobojowisku wygłosić Adres Gettysburski (nie mam czasu wyjaśniać, proszę sprawdzić w google’u) i rozpocząć sklejanie polactwa, po półwieczu komunistycznej deprawacji, na nowo. Miał na to szansę Wałęsa, ale ją przegrał, przegrał też swoją szansę Kaczyński, a dziś ostatecznie przegrywa ją PO, która, powtórzę się, kiedyś była partią państwa Elbanowskich, a dziś jest partią Michała Kamińskiego. Przeciwnie - ograniczeni politykierzy, których mieliśmy zamiast mężów stanu, robili wszystko, by dla celów swej gry wzajemną wrogość rozpalać jeszcze bardziej.

Dla mnie smutną codzienną właściwością tego życia "na obszarze podzielonym" jest okradanie mnie z prostych, codziennych radości przez "ludzi zdolnych jedynie do naprzemiennego odczuwania strachu i pogardy", jak genialnie określił elity PRL śp. Jerzy Dobrowolski. Bo wykorzenieni z polskości nie mają żadnego znaku swej identyfikacji, poza nienawiścią do tejże polskości. Robią filmy o tym, jak bardzo Polska odrażająca, i kabotyńsko podniecają się opowiadaniem w swoich gazetach, jak bardzo będzie ten film nienawidzony przez bliżej nieokreślonych zakompleksionych "prawdziwych Polaków" (co dla nich jest określeniem obelżywym); piszą artykuły i książki o tym samym, nagradzają się nawzajem za "dowalenie" tym "prawdziwym Polakom" - ale poza tą negatywną emocją nie istnieją.

Dlatego bardzo się starają wmówić sobie samym, że są od "tamtych" fajniejsi. Że tamci są "ponurzy", a oni - spoko i na luzie. Ze ściśniętymi szczękami i pośladkami próbują zawłaszczyć jak swoją ideologię rzeczy, które są po prostu elementami normalności. Chodzenie na siłownię, bieganie i w ogóle bycie fitness.

Zwykły maraton uliczny dla czytelników "Gazety Wyborczej" jest świętem "bycia lepszymi" od pisowców, manifestacją, dającą radość nie tyle z biegania, co z blokowania pisowcom miasta, żeby musieli stać w korkach, żeby im było źle, żeby ich wkurzyć - krańcowym przykładem tej małpiej złośliwości jest cykliczne blokowanie i tak dysfunkcyjnych komunikacyjnie miast przez idiotów na rowerach.

Degenerująca się z roku na rok akcja charytatywna staje się cyrkiem wiernopoddańczego poddania jedynie słusznej władzy i nienawiści do Kościoła, a jej piewcy zapluwają się z wściekłości, że trzeba dawać Owsiakowi, a nie na tacę. I oczywiście, sypiąc nieustannie w hołdysowskim stylu bluzgami, poniżając, oblewając błotem "prawdziwych Polaków" i katolików, sami konają demonstracyjnie z oburzenia, że ktoś - ach!!! - powiedział, że stoją tam, gdzie stało ZOMO, albo jedynie słuszną premierkę nazwał "lawirantką".

Może to starość, że nurzam się w tych wydzielinach z coraz większym spokojem, rozumiejąc, że gdzie są głębokie rany i ich zakażenie, tam musi być i ropa, i smród, i czasem, nie daj Boże, gangrena. Wbrew nadziei cytowanego na wstępie pół-polskiego artysty, ta "jego" Polska nie jest połową - to taki syndrom zamknięcia w ciasnym światku, Jacek Dukaj opisał kiedyś ten syndrom ludzi, którzy nigdy nie poznali nikogo, kto by nie głosował na Unię Demokratyczną, więc byli przekonani, że to najpotężniejsza siła w Polsce. To raczej starzejące się towarzystwo wzajemnej adoracji, gromada cwanych celebrytów, żyjących z oddania rządzącym, i topniejąca część "śmieciowego" pokolenia, która dała się uwieść wizjom "Polski w budowie" i jeszcze się nie zorientowała, że na bal u Tuska zaproszono ich nie w roli balujących, ale konsumowanych.

Jedyne, czego szkoda, to tego, że jest się okradanym z prostych spraw, które sfrustrowani "fajnopolacy" chcą uczynić namiastką swej identyfikacji, ideologii i tożsamości. No trudno, jakoś przeżyję.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy