Reklama

Reklama

Wiemy już, że wybory wygra PiS

Na sto parę godzin przed wyborami wiele już wiemy. Wiemy, że wybory wygra PiS, pytanie jest tylko - z jaką przewagą. Ale że wygra, w to nikt nie wątpi.

Chyba oczywiste jest też, że prezydent Duda zaraz po ukonstytuowaniu się nowego Sejmu powierzy stanowisko premiera Beacie Szydło. I będzie miała ona 14 dni na uzyskanie od Sejmu wotum zaufania.  Przez 14 dni, tak czy owak, ludzie PiS-u będą rządzili Polską. I, póki co, wszystko wskazuje na to, że na tym nie poprzestaną.

Jedyną niewiadomą jest, jaki to będzie rząd - większościowy, koalicyjny, mniejszościowy?  I kiedy Jarosław Kaczyński wymieni Beatę Szydło, tak jak wymienia się sfatygowany zderzak. Można też spekulować, kiedy w PiS-ie zaczną się wewnętrzne wojny, kiedy zacznie budować swój obóz Andrzej Duda. Ale to spekulacje nie na ten czas.

Reklama

Wiemy też, że Ewa Kopacz nie będzie premierem (szanse na obronę posady ma niewielkie). Nie wiemy za to, jak Platforma przejdzie przez chorobę utraty władzy i przegranych wyborów. Choć coraz powszechniejsza jest opinia, że się pokłóci i rozsypie. Może tak, może nie - na pewno nie przejdzie tego etapu bezboleśnie.

Nie wiemy za to, i to jest najważniejsze pytanie ostatnich dni, jaki będzie wynik pozostałych ugrupowań, bowiem balansują one na granicy wyborczego progu. To jest także pytanie o kształt przyszłego rządu, opozycji, a przede wszystkim - polskiej demokracji.

Dlaczego tak? Otóż polityczną chorobą ostatnich lat był niemal całkowity zanik debaty publicznej, przekształcenie Sejmu w maszynkę do głosowania i sprowadzenie wszystkiego do prostego gestu - za czy przeciw? Za rządem czy przeciw? Za pomnikiem smoleńskim czy przeciw? I tak dalej...

Tymczasem wtorkowa debata liderów ośmiu ugrupowań pokazała, że polityka, że polska debata może być o wiele bardziej zajmująca i inspirująca, jeżeli mamy szeroką paletę opinii niż gdy są tylko dwie. Kto oglądał debatę wtorkową i poniedziałkowe męczarnie Szydło-Kopacz, ten wie, o co chodzi.

Pytanie tylko, czy wyborcy podzielą tę opinię, czy też postawią na znane, sprawdzone przeboje. Bo podobno takie najbardziej lubią Polacy. Tego nie wiem, ale to będzie najważniejsze. I to pytanie w ostatnich godzinach kampanii tak naprawdę ją pozycjonuje. Z jednej strony mamy oś PO-PiS, z drugiej są ci, którzy walczą o swoje, którzy chcą polską scenę odbetonować.

Kto wygra w tym starciu?

Mniejsze ugrupowania mają zapał, feerię pomysłów. Większe - wszystko pozostałe. I to wszystko zostanie rzucone na stół. Żeby znów nakręcić oś nienawiści dwóch plemion.

W tej całej wojnie, jedno mnie dziwi (ha, ha! dziwi się ten, kto nie wie...). A mianowicie to, że zarówno PO, jak i PiS, nie wytoczyły jeszcze swych najcięższych dział.

Tym najcięższym działem PO jest oczywiście Donald Tusk, którym mógłby znaleźć dziesięć pretekstów i włączyć się w kampanię wyborczą. Wystarczyłoby przecież, by przyjechał do Polski, odebrał jakiś medal, doktorat, wygłosił wykład... Dwa dni antenowego czasu miałby od wszystkich. A tu cisza. Ba! Tusk wręcz krytykuje PO, dystansuje się od Ewy Kopacz. Na co liczy? Obraził się czy co? Porzucił ją?

PiS też ma swoją wunderwaffe - to prezydent Duda. On początkowo włączał się w kampanię, a teraz jakby przysiadł, wyraźnie czeka. Dlaczego? Nie wierzę, by była to świadoma polityczna gra, by grał na rząd mniejszościowy. W takim bowiem układzie to on wówczas byłby postacią numer 1, miałby decydujący głos. Bo gdy będzie rząd większościowy PiS, to on sam nie będzie nawet strażnikiem żyrandola.

Dlaczego Duda jest jakiś mało energiczny? Warto byłoby znać odpowiedź także i na to pytanie...

Robert Walenciak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje