Reklama

Reklama

Ten przeklęty (coraz bardziej) 4 czerwca

Im dalej od 4 czerwca 1989 roku, tym bardziej obmierzła robi się dla wielu ta data i tym szybciej potężnieją hufce tych, którzy gotowi byli stanąć do walki na śmierć i życie z komuną. Słysząc i czytając dziś owych heroicznych bojowników mam rosnące poczucie, że fakt, iż komunizm trwał w Polsce prawie 45 lat i nie musiał każdego dnia wysyłać czołgów na ulicę, był jakimś przedziwnym, niezrozumiałym zbiegiem okoliczności.

Oj, bardzo niepolski był to triumf. Odniesiony raczej przy stole i urnie niż w boju, niby spektakularny, ale tylko trzydziestopięcioprocentowy, jakiś taki niewyrazisty, połowiczny, cherlawy. Nawet wtedy rodził we mnie - twardym przeciwniku komuny - euforię bardzo umiarkowaną, odrobinę skarlałą i pełną niepewności o to, czy coś z tego naprawdę będzie, czy za chwile nie okaże się, że panowie Jaruzelski i Kiszczak, w gruncie rzeczy tylko troszeczkę i tylko na chwilkę uchylili drzwi ku wolności, by tym mocniej teraz jednym kopnięciem je zamknąć.

Reklama

Historia obeszła się jednak z 4 czerwca całkiem nieźle. Słynna wypowiedź Joanny Szczepkowskiej o tym, że to właśnie wówczas upadł komunizm, początkowo rodziła mnóstwo radości i okazji do pokpiwania, ale z czasem ta data zaczęła nabierać wagi, siły wyrazu i obrastać patyną. I - co najważniejsze - okazało się, że żadna inna nie zdołała jej przysłonić i wejść do powszechnej świadomości jako symboliczna data uporania się z koszmarkiem realnego socjalizmu.

Pewnie, że taka a nie inna droga rozmontowywania komunizmu pociągnęła za sobą mnóstwo słabości, kosztów, konieczności zawierania mało sympatycznych kompromisów i niezwracania szczególnej uwagi na to, jak radzili sobie w nowym systemie beneficjenci ancien regime‘u. Ale jednak warto - choćby posługując się przykładami naszych postsocjalistycznych sąsiadów - pamiętać, że to myśmy przecierali szlak, a oni mieli sytuację o niebo łatwiejszą, bo już wiedzieli, że Związek Radziecki biernie przygląda się temu, jak upada blok komunistyczny, mogą więc postępować znacznie odważniej i z większą swobodą.

Doskonale obrazują to również różne depesze dyplomatyczne z tamtego okresu, w których elity polityczne Stanów Zjednoczonych, Niemiec czy Wielkiej Brytanii przestrzegają polskie elity przed kontrofensywą struktur siłowych, popadaniem w hurraoptymizm i zalecają ostrożność w działaniu.  

Czy można było rozmontowywać system szybciej? Na pewno tak. Ale z odpowiedzią na pytanie, czy można było obalić go inaczej, mam już znacznie większy problem. Tych, którzy dowodzą dziś, jak bardzo należało wówczas "dopieprzyć komunie", wziąć ją pod but, zgnoić, wsadzić do więzień i być twardym, bezkompromisowym i bojowym, zmartwię. Otóż nie za bardzo było kim to robić.

Pamiętam jak w drugiej połowie lat 80. duch buntu słabł, jak wszechmocna i przytłaczająca wydawała się PRL-owska rzeczywistość, jak niewielu było tych gotowych  stanąć jej naprzeciw. W tamtej rzeczywistości coraz trudniej było znaleźć kogoś gotowego rzucić ulotki, namalować coś na murze czy choćby tylko wziąć do ręki drukowany w podziemiu "Tygodnik Mazowsze" czy PWA. O pójściu na barykady nie wspomnę.

Przykro to pisać, ale gdyby komuniści uparli się, by utrzymywać władzę, zapewne byliby w stanie jeszcze przez lata to robić. W coraz gorszej sytuacji gospodarczej, w coraz większej biedzie i z coraz większym społecznym niezadowoleniem, ale system mógłby trwać. A dzisiejsza odwaga i bezkompromisowość wielu pobrzmiewają mi trochę papkinowskimi opowieściami o własnej waleczności i triumfach w bojach tyleż niedoszłych co minionych.

Konrad Piasecki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy