Reklama

Reklama

Świat bliżej nas

Pierwsza wiadomość. Nowo wybrany prezydent Nigerii jest dawnym przywódcą junty wojskowej rządzącej tym krajem. Muhammadu Buhari stał w latach 80. XX wieku na czele rządu wojskowych puczystów, jak pięciu innych szefów junt od odzyskania niepodległości przez ten kraj w roku 1960. Ale teraz stanął do demokratycznych wyborów, wygrał je i zaapelował o pojednanie narodowe.

Muhammadu Buhari z szacunkiem mówił o swoim poprzedniku i zarazem konkurencie w wyborach, Goodlucku Jonathanie. Ten zaś uznał wybór Buhariego, jako dokonany demokratycznie. Nowy prezydent natychmiast zapowiedział ofensywę przeciwko dżihadystom z ugrupowania Boko Haram, która od kilku lat jest zmorą ludzi w tym kraju. Czy to sen? Nie, takie rzeczy się zdarzają, choć rzadko.

Reklama

Druga wiadomość. W Iraku armia rządowa odzyskała z rąk dżihadystów z Państwa Islamskiego miasto Tikrit, 160 km na północ od Bagdadu. Ponoć nie całe Tikrit, w niektórych punktach islamiści jeszcze się bronią. Ale sukces jest niewątpliwy.

Trzecia wiadomość. Porozumienie w sprawie irańskiego sektora nuklearnego, negocjowane w Lozannie,  jest bliskie. Wprawdzie negocjacje trwają (w Szwajcarii, Austrii i USA) już od 12 lat i ciągle potykają się o te same przeszkody, ale tym razem wydaje się, że naprawdę zgoda jest na wyciągnięcie ręki. Co by to dało Zachodowi, Rosji i Chinom? Zabezpieczenie przed groźbą wyprodukowania przez Iran własnej bomby atomowej. Co by dało Iranowi? Zniesienie sankcji gospodarczych bardzo dlań dotkliwych. Problem polega na tym, jak zapewnić Iranowi rozwój nuklearnego sektora cywilnego, ale zarazem zagrodzić mu skutecznie dostęp do bomby. Może tym razem się uda.

Trzy dobre wiadomości w ostatnich dniach. Czy to znaczy, że coś się generalnie zmienia na tym świecie? Pełnym konfliktów, sprzeczności interesów, szaleńców z bronią, frustracji byłych imperiów... Nie sądzę. To raczej zbieg okoliczności.

Równie dobrze można byłoby zrobić zestawienie trzech złych wiadomości: pierwsza - dżihadyści z Państwa Islamskiego stoją u wrót Damaszku; druga - niezidentyfikowani na razie osobnicy zabili dwie osoby i ranili trzydzieści podczas strzelaniny w kampusie, w miejscowości Garissa, na północ od stolicy Kenii, Nairobi; w czasie wielotysięcznej manifestacji w miejscowości Khost w Afganistanie doszło do samobójczego zamachu, w czasie którego zginęło 16 osób.

A gdyby tego było mało, to przecież mamy w zanadrzu całe tło sytuacji międzynarodowej, która od dawna już nie wydawała się tak wszechstronnie podminowana. Chaos polityczny w Libii, w 4 lata po usunięciu krwawego dyktatora, który wszelako zapewniał, jaką taką stabilizacje w tym kraju.

Próba destabilizacji w Tunezji, jedynym kraju regionu, gdzie "arabska wiosna" przyniosła pożądane rezultaty. Stan napięcia między laicką dyktaturą wojskową (pod pozorami demokracji), a rządami szariatu w wykonaniu  Bractwa Muzułmańskiego w Egipcie. Rozsypka Libanu - dawniej słusznie zwanego Szwajcarią Bliskiego Wschodu. Marne perspektywy trwałego rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiego.

A tysiące uchodźców z północnej Afryki z i Bliskiego Wschodu stale szturmujących południowe wybrzeża Unii Europejskiej? A powstałe na tle niekontrolowanej imigracji napięcia w krajach Zachodniej Europy? A wypalenie się tamtejszych demokracji? Czy nazywając te kraje nadal sytymi i bezpiecznymi nie uprawiamy jakiejś pedagogiki samookłamywania? A Rosja?

Zdecydowanie dużo wrażeń i niektórzy powiedzą, że za dużo. Że lepiej nam było siedzieć pod sowieckim butem: biednie, szaro, ale przynajmniej bezpiecznie, żadne światowe problemy nie były naszymi problemami, poza ewentualnością wojny jądrowej dwóch superpotęg (bardzo mało prawdopodobnej przecież).

No więc jak? Było lepiej? Odpowiadam: nie było! Było bezpieczeństwo więźnia. Dziś mamy wolność i niepewność człowieka, który niedawno opuścił więzienie i nie bardzo wie, co ze sobą zrobić. Wolę to drugie.

Dawniej wydawało się nam (ludzie bardziej dalekowzroczni ostrzegali już wtedy, że to złudzenie), że jak zniknie komunizm, znikną wszelkie troski. Potem żyliśmy nadzieją, że jak wejdziemy do Unii i do NATO, nasz dobrobyt i nasze bezpieczeństwo będą zagwarantowane. Dziś wiemy, że nie są.

Ale wiemy też, że lepiej mieć kawałek dobrobytu i bezpieczeństwa niż nie mieć ich w ogóle. A o ten brakujący kawałek musimy troszczyć się sami. Koniec z błogostanem mieszkania pod parasolem ochronnym, który załatwi za nas te sprawy. Dobrze że jakiś parasol ochronny w ogóle jest. Ale jeśli chcemy być poważnym partnerem naszych protektorów z NATO, musimy brać, na naszą  miarę, odpowiedzialność i za siebie, i w pewnej mierze także za innych.

Mali, gdzie zaangażowana jest Francja przeciwko tamtejszym dzihadystom, to nie nasz problem? Jeśli tak powiemy przywódcom Unii czy Francji, usłyszymy w odpowiedzi, że z problemem Rosji/Ukrainy musimy sobie radzić sami.

Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje