Reklama

Reklama

Smoleńsk. Państwo. Egzamin...

Nie. Państwo ani przed, ani w trakcie, ani po 10.04 nie zdało egzaminu. A jeśli tu i ówdzie nie zawiodło, jeśli się nie załamało, jeśli było w stanie zorganizować pogrzeby i śledztwa – to generalna ocena, jaką należy wystawić za ten egzamin, jest bardzo niska. Odpowiedzialność za takie a nie inne zdanie, czy raczej niezdanie egzaminu spada oczywiście - i przede wszystkim - na rządzących. Ale dyskusje, jakie przy okazji kolejnych rocznic smoleńskich przychodzi mi odbywać, każą zastanowić się nad tym, czy nie nazbyt łatwo i ochoczo oddalamy od siebie myśl, że to Państwo, to także i my sami...

Jest w nas wszystkich. Słodkie i samouspokajające poczucie, że gdzieś jest jakieś Państwo. I na pewno działa. Samo z siebie. I niemal nikt z nas nie myśli o sobie jako o części tego Państwa. Bo ono w naszych wyobrażeniach jest czymś odległym, abstrakcyjnym, za co odpowiadają mityczni "oni". A "my" jesteśmy tymi, którzy od "onych" mają święte prawo wymagać, żądać, oczekiwać i się domagać...

Reklama

Oto mój przyjaciel. Urzędnik państwowy średnio-wysokiego szczebla. Pracownik kluczowej dla funkcjonowania państwa instytucji. I w dodatku jej pionu zajmującego się sprawami międzynarodowymi. Pamiętam jedną z naszych rozmów w rok czy dwa po katastrofie smoleńskiej. Narzekał na rządzących - swoich zwierzchników. Że fatalnie to rozegrali, że nie mieli pojęcia o tym, jak się zachować w obliczu katastrofy, że nikt nie wyposażył ich w wiedzę na temat tego, jak ją badać, czy czego można zażądać od Rosjan. Na moje pytanie, czy 10 kwietnia miał odruch, by pojechać do pracy, zameldować gotowość działania i pomóc w poszukiwaniu tej wiedzy, odparł, że oczywiście nie, "bo co ja mogę jako mały trybik w machinie...".

Oto mój rozmówca. Urzędnik kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Był w Smoleńsku. I przez parę godzin, na miejscu katastrofy, po tym, gdy Jacek Sasin wrócił do Polski, był chyba najwyższym rangą urzędnikiem tejże kancelarii. Nasz dialog był publiczny, więc nie zdradzam żadnej tajemnicy prywatnej rozmowy:

On: - Do tej pory nie mogę uwierzyć, że zwłoki pana prezydenta leżały na niebieskim brezencie w błocie. Największą pretensję mam tutaj do ambasady polskiej, która nie postarała się chociażby o jakiś symboliczny gest. Na przykład przykrycie zwłok pana prezydenta biało-czerwoną flagą. To było upokarzające: 12 godzin na błocie ciało pierwszego obywatela Rzeczpospolitej...

Ja: - A nie ma pan pretensji do siebie, urzędnika kancelarii prezydenta, który też mógł o to zadbać?

On: - Możliwe, ale to był bardzo trudny dla nas wszystkich czas...

Ja: - Myślę, że dla urzędników ambasady też to był bardzo trudny czas.

On: - Dobrze, może wina rozkłada się proporcjonalnie. To nie jest tak, że winna jest zawsze jedna osoba. To fakt, może mogliśmy o tym pomyśleć...

Tak właśnie 10.04.2010 działało Państwo. Premier płakał, jego ministrowie byli sparaliżowani, służby specjalne liczyły zdaje się na to, że prokuratura wie, jak zabrać się za śledztwo, prokuratura na to, że rządzący jej w tym śledztwie i walce z Rosjanami pomogą, a służby osłonią. Szef Komisji Badania Wypadków Lotniczych pokazywał Konwencję Chicagowską i wszyscy uznali, że wie, co mówi, więc skoro tak, niech się martwi o wszystko, co z badaniem katastrofy związane. Szeregowi urzędnicy myśleli, że na pewno pracują jacyś ważniejsi od nich urzędnicy, więc oni nie muszą.

I prawie wszyscy, którzy tego dnia powinni dwoić się i troić, zasiedli w domach przed telewizorami albo poszli na Krakowskie Przedmieście, by stawiać znicze... A parę godzin później cała ta zahukana, przerażona i zapłakana "machina" Państwa Polskiego stanęła naprzeciw nieźle naoliwionych, mało przejętych i szybko myślących trybów rosyjskich. Wynik tego spotkania był łatwy do przewidzenia. I pokłosie tego zbieramy do dziś.

Konrad Piasecki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne