Reklama

Reklama

Prezydent łaskawca, czyli Dudapomoc dla szefów CBA

Nie wiem, czy decyzja o ułaskawieniu Mariusza Kamińskiego i kilku jego współpracowników jest zgodna z literą prawa, ale - jeśli chodzi o ducha prawa – mam poczucie, że owszem jest. Prezydenckie prawo łaski ma w sobie coś z prerogatyw królewskich – oto niegdysiejszy pomazaniec Boży, a dzisiejszy wybraniec narodu uznaje (z porywu serca, umysłu czy kaprysu), że ktoś, kto został przez sąd skazany, zasługuje na nadzwyczajne potraktowanie. I nie ma znaczenia, czy dzieje się to po pierwszym, drugim, prawomocnym, nieprawomocnym czy jakimkolwiek innym wyroku.

W sprawie ułaskawienia Mariusza Kamińskiego czytam tak wiele sprzecznych ze sobą opinii prawników, że nie podejmuję się wyrokować, który z nich ma rację. Kilka autorytetów prawnych przekonuje jednak, że ułaskawienie na mocy konstytucji jest możliwe w każdym momencie procedury karnej i to na ich opiniach - jak rozumiem - oparta została bezprecedensowa decyzja prezydenta.

Reklama

Prawo łaski jest uprawnieniem dość niezwykłym. Oto mimo dowodów, procesu, wyroku i mimo zasady trójpodziału władz - władza wykonawcza wkracza na teren działania władzy sądowniczej i obwieszcza swą wolę. Tak to skonstruowano i skonstruowano chyba całkiem sensownie, bo są takie sytuacje, o których ani filozofom, ani prawodawcom się nie śniło, i w których nadzwyczajna interwencja jest niezbędna i przynosi zbawcze skutki.

Czy taka sprawą jest akurat sprawa Mariusza Kamińskiego? Tu - ile osób, tyle zdań. Przy umiarkowanie korzystnej - dla byłego szefa CBA - interpretacji i historii afery gruntowej, i wyroku sądu, można uznać, że nawet jeśli zdarzył mu się poważny błąd w konstruowaniu akcji, która udaremnić miała przekręt, to czynił to w dobrej wierze i w trosce o państwo. I w związku z tym nie powinien ponieść kary. I mam nadzieję, że właśnie taką interpretacją kierował się prezydent.

Ale przy okazji ułaskawienia Mariusza Kamińskiego nie sposób też nie mieć (i nie wyrazić) kilku wątpliwości dotyczących i samej decyzji, i stylu, w jakim ją obwieszczono. Kiedy przed dziesięciu laty Aleksander Kwaśniewski ułaskawiał Zbigniewa Sobotkę, skazanego za przeciek w aferze starachowickiej, zarówno PiS, jak i osobiście Mariusz Kamiński grzmieli wyrazami oburzenia.

Późniejszy szef CBA mówił, że decyzja prezydenta była bezwstydna i bezczelna, że Aleksander Kwaśniewski zachował się w tej sprawie nie jak prezydent, ale jak "prezio", i że tamto ułaskawienie pokazuje, że jest jakaś nierówność wśród obywateli, że są osoby szczególnie chronione, a taką osobą dla Aleksandra Kwaśniewskiego jest pan Sobotka. Bardzo jestem ciekaw, jak dziś odparłby swoje ówczesne zarzuty....

Zwłaszcza że i w swojej sprawie Kamiński był dotąd jednoznaczny. Kiedy rozmawialiśmy tuż po wyborach prezydenckich, zapewniał mnie i słuchaczy RMF: "Nie interesuje mnie prawo łaski. Mnie interesuje pełne uniewinnienie przed sądem". Nie wiem czy sam Kamiński zdanie zmienił, ale najwyraźniej prezydenta prawo łaski zainteresowało bardziej niż samego zainteresowanego.

I wątpliwość trzecia. Bardziej dotycząca stylu niż samej decyzji. Prawo łaski jest - jak napisałem - prawem nieco "królewskim", ale w rzeczywistości demokratycznego państwa wymaga jednak wytłumaczenia decyzji obywatelom. Wolałbym, by podejmując tak kontrowersyjne postanowienie prezydent osobiście obwieścił je światu. I powiedział, na jakich przesłankach się oparł. Pewnie wielu pozostałoby przy swoim zdaniu, ale być może zdołałby kogoś przekonać, a przede wszystkim dowiódłby, że w trudnej chwili ma siłę i odwagę stanąć przed kamerami, mikrofonomi, dziennikarzami i pytaniami, których tak wiele rodzi ta historia.

Konrad Piasecki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje