Reklama

Reklama

Nudy się skończyły!

Przez długie tygodnie męczyła nas wszystkich kampania prezydencka, absolutnie nijaka, z kandydatami, którzy nie wzbudzali w nas większych emocji. Komorowski – nie wiadomo jaki, ani dostojny, ani rubaszny. Duda - mydlany, fotografujący się najchętniej na tle zdjęć Kaczyńskiego… To nie wróżyło niczego porywającego.

I - szast, prast - mamy finisz. A na nim dwa wydarzenia. Pierwsze - to spadek notowań Komorowskiego. Drugie - dymisja ministra sprawiedliwości, Cezarego Grabarczyka.

Reklama

Zacznijmy od wydarzenia pierwszego - spadek notowań Komorowskiego (w jednym z sondaży nawet poniżej 40 proc.) pokazuje znaczącą tendencję. Że ludzie mają ochotę na zmianę, że Komorowski ich nie przekonuje, że wnerwia ich rządzący Polską establishment, coraz bardziej miałki i jednocześnie bezczelny. I że wcale nie jest takie pewne, że prezydent otrzyma reelekcję. Bo w drugiej turze wszystko zaczyna się od nowa, i wiele może się zdarzyć. Sztabowców Komorowskiego i Dudy czeka więc ciężki pojedynek, czyhanie na błędy przeciwnika, zbieranie poparcia różnych grup, i tak dalej... Owszem, ten pojedynek ma faworyta, ale już nie tak murowanego jak parę miesięcy temu.     

Drugie wydarzenie łączy się z pierwszym - to odejście ministra sprawiedliwości Cezarego Grabarczyka, i szybka nominacja dla jego następcy -  posła PO,  Borysa Budki.

Jest to o tyle intrygujące, że Grabarczyk to jest (była?) ważna postać w Platformie, to lider jednej z dwóch największych koterii w partii, tzw. spółdzielni. Swoje stanowisko stracił teraz w dość dziwnych okolicznościach - otóż nagle ujawniono, że od dwóch lat toczy się śledztwo w jego sprawie, czy załatwiając sobie pozwolenie na broń, poświadczył nieprawdę czy też nie. Tzn. czy odbył sprawdzian praktyczny, czy też nie odbył, a jego wynik wpisał mu usłużny policjant. Wszystko wskazuje na to, że prawdziwa jest druga wersja, że minister sprawiedliwości kantował. A to dyskwalifikuje.

Ale przecież musiałbym być naiwnym, żeby uwierzyć w rządową wersję, że gdy  sprawa wyszła na jaw, to honorowy polityk złożył dymisję, w imię czystości i uczciwości. Skoro przez dwa lata szedł w zaparte, to dlaczego teraz zmiękł?

Skłonny byłbym raczej przyjąć wyjaśnienie, że Grabarczyk padł ofiarą jakichś wewnętrznych gier w rządzie i w PO.

A co to oznacza?      

Po pierwsze, widzimy, że zmiany w rządzie następują nie w wyniku decyzji wyborców, ale są efektem koteryjnych gier, to nie jest efekt jakiegoś programowego sporu, tylko odpalenia personalnej miny. Był hak na Grabarczyka, więc go użyto, i człowiek trafiony-zatopiony. I żeby była jasność - nie żałuję ministra sprawiedliwości, sądzę, że słusznie pożegnał się ze stanowiskiem, ale nie mam ochoty akceptować faktu, że polityka kadrowa rządu to polityka hakowa.

Po drugie, wiele mówi sposób, w jaki zaklejono dziurę po zdymisjonowanym ministrze. Zastąpił go, błyskawicznie, poseł PO Borys Budka, postać na tyle nieznana, że nawet Ewa Kopacz przedstawiając go, przekręciła jego imię, nazywając go Borysławem.

O co tu chodzi? Skąd ten pośpiech?

Przypuszczam, że tak bardzo się spieszono, bo obawiano się, że stanowisko ministra sprawiedliwości wejdzie do politycznej gry, stanie się elementem negocjacji. A tak - partia sprawę załatwiła, i już. Jednakże ten przypadek pokazuje, że Platforma stała się partią wsobną, że nie ma ochoty rozszerzać się na inne środowiska, że chce w gronie swoich działaczy konsumować owoce władzy. My, i tylko my! Chwała nam, i naszym kolegom! To źle świadczy o PO, o jej wewnętrznej kondycji.

Gdyby Ewa Kopacz była silnym liderem nie musiałaby ulegać presji partyjnych działaczy, sama narzuciłaby im ministra, jakiego by chciała i jaki byłby dla niej wygodny. Przez moment, po dymisji Grabarczyka, spekulowano, że jego następcą mógłby być Ryszard Kalisz, albo Roman Giertych. Ściągnięcie Kalisza do rządu byłoby sukcesem Ewy Kopacz, pokazywałoby, że ta partia otwarta jest na lewicę. Ściągnięcie Giertycha - no, sukces byłby to znacznie mniejszy, ale też byłoby to sygnałem o otwarciu, tym razem na prawą stronę. Jeszcze bardziej spektakularne byłoby powierzenie ministerstwa osobie posiadającej autorytet w środowisku prawniczym, wybitnemu profesorowi... To byłby czytelny znak, że rządząca ekipa myśli kategoriami państwa, nie zamyka się we własnym gronie, jest otwarta. A tak? Mamy ministra Budkę...

Jeżeli wewnątrzpartyjna układanka jest dla Ewy Kopacz najważniejsza, oznacza to jedno - jej samodzielność jest niewielka. Czyli...

Czyli kłopoty czają się na horyzoncie.

Do tej pory siła Ewy Kopacz brała też się z tego, że potrafiła równoważyć wpływy platformerskich koterii, że była arbitrem w sporze między przywódcami największych frakcji, Cezarym Grabarczykiem a Grzegorzem Schetyną. Odejście tego pierwszego otwiera temu drugiemu drogę do dalszych wpływów, a może i do władzy. Odbudowany tym samym został model sprzed paru lat - gdy premierem był Tusk, a Schetyna jego potencjalnym następcą. Tusk poradził sobie z nadambitnym rywalem. A czy poradzi sobie Ewa Kopacz?

"Ewa, idę po ciebie!" - zdaje się mówić Schetyna, a kalendarz dość dobrze tę drogę wyznacza. Czyli jedne wybory, potem drugie, potem Konwencja PO. A na niej rozliczenia i nowe władze. Tak czy inaczej, w Platformie zapowiada się twarda wewnętrzna walka. Ona tę partię uczyni jeszcze bardziej programowo pustą, nastawioną na koteryjne rozgrywki, haki, i walki o różne stołki. Żeby jak najwięcej chapnąć dla siebie, i nie dać innym.

Oto Polska właśnie.

Robert Walenciak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje