Reklama

Reklama

Miękki brzuch republiki

Jan Wróbel, który w radiu Tok FM i podobnych mu mediach pełni rolę koncesjonowanego konserwatysty (głównie wyraża się to w noszeniu muszki), popadł w oburzenie nad moim tekstem z tygodnika „Do Rzeczy”.

Konkretnie nad uwagą, iż w dzisiejszych czasach pozostawianie przez państwo całkowitej swobody mediom, zwłaszcza tym najskuteczniej narzucającym masom emocje, to coś podobnego, jak tolerowanie przez państwa średniowieczne prywatnych wojsk, słuchających rozkazów najbogatszych feudałów, a nie króla. Jeśli więc demokracja chce przetrwać, musi wypracować jakiś mechanizm sprawowania przez państwo kontroli nad mediami - przy czym osobiście wolałbym, aby myślenie nad tym problemem szło w kierunku nadzoru merytorycznego, a nie sięgania przez rząd po tzw. narzędzia właścicielskie.

Reklama

Redaktor Wróbel i jakaś jeszcze osoba przebywająca z nim w studio odebrali to na sposób dostępny prostym, czerskim rozumom: Ziemkiewicz chce przywrócić cenzurę! A jak Ziemkiewicz, to wiadomo - PiS chce przywrócić cenzurę! No bo - tak dosłownie powiedziano - jak on to pisze, to znaczy, że tak uważają w samej centrali PiS.

Bardzo mnie ubawiło to ostatnie stwierdzenie. Jasne, skoro się już wydało, to przyznam, że prezes Kaczyński regularnie przychodzi do mnie z flaszką podpompować moje ego i przy okazji pytać, co mu czynić wypada i jak powinien prowadzić politykę - jak, wedle żywej zwłaszcza w SLD legendy, miał pono chadzać do Michnika prezydent Kwaśniewski.

Kaczyńskiemu przyszłoby to nawet łatwiej, bo, o ile mi wiadomo, on sam burbona nie pije, więc mniej by się nadźwigał. Bardzo miła wizja, niestety, jedno jej przeczy: gdyby prezes słuchał moich rad, tych udzielanych mu zupełnie otwartym tekstem w książkach i artykułach, to dzisiaj PiS rządziłby już trzecią kadencję.

Ale żarty na bok... Przypomnę Państwu pewną sytuację, nie tak dawną. Otóż w światowych mediach nagle pojawił się "news", że w Ameryce jakiś pastor ogłosił, iż w piątek publicznie spali Koran. Zrobił się z tego potworny dym, poleciały apele i protesty, a zaraz potem kamienie i butelki z benzyną, w kilkunastu krajach muzułmańskich zaczęły się zamieszki, w kilku przerodziły się one w walki uliczne, ok. 60 osób straciło w nich życie, poszła z dymem jakaś ambasada, chyba zresztą nie amerykańska, tylko kraju nie mającego z całą zadymą nic wspólnego - sam prezydent USA uznał za konieczne zabrać głos i publicznie apelować do idioty, żeby odstąpił od swych zamiarów, gdy zaś ten, przeciągając swe pięć minut sławy, odpowiedział, że nie spali Koranu w piątek, spali go w środę, był to już "news" czołówkowy we wszystkich najpopularniejszych serwisach.

A pointa, którą dopisał czas, była taka, że w końcu nie wiadomo, spalił czy nie spalił, bo media równie nagle straciły zainteresowanie sprawą, jak wcześniej  go nabrały. Wiadomo, że był to kompletnie z de wytrzaśnięty facet z jakiejś zapadłej amerykańskiej wiochy, reprezentujący "kościół", który sam  założył, i który składał się z trzech osób - poza nim, jeszcze ze szwagra i kuzynki.

Może to był zwykły splot okoliczności, ale siła mediów, jaką pokazała ta awantura i wiele podobnych, skuteczność, z jaką bez jakichkolwiek realnych podstaw potrafią one wykreować potężne emocje skutkujące brzemiennymi w skutki wydarzeniami, na pewno nie uszła uwadze ludzi, którzy zawodowo zajmują się mąceniem na świecie w imię geopolitycznych interesów, ogromnych zysków, poszerzaniu stref wpływów, otwierania wolnych krajów na kolonizacje przez mocarstwa i ich koncerny etc.

Oczywiście, tacy faceci wiedzą to od dawna. Przykładem moim zdaniem klasycznym, który omawiałem zresztą w swych książkach, jest sukces stanu wojennego w 1981 roku. Jak wiadomo z dokumentów, sukces ten zaskoczył samego Jaruzelskiego i innych przywódców, którzy drżeli, że Polacy stawią opór, że ogłoszą strajk powszechny - tymczasem opór był słaby i rzadki. To był skutek ogłuszającej propagandy, która przez cały czas od Sierpnia do grudnia, dzień w dzień, nasycała Polaków strachem.

Dzień w dzień jedyny wówczas wieczorny dziennik w jedynej telewizji, oglądany - choćby tylko dla pogody i sportu - przez dwadzieścia parę milionów obywateli, karmił ich wizjami chaosu, narastającej przestępczości, poczuciem zagrożenia, straszył brakiem opału w zimie, pustymi półkami, wyłączeniami prądu wskutek strajków...

Twarde dane historyczne mówią zupełnie co innego, przestępczość na przykład w tym czasie bardzo spadła w porównaniu z czasami Gierka i latami późniejszymi, strajki też były nieliczne. Ale żyjący świadkowie czasu do dziś bezrefleksyjnie wspominają "karnawał Solidarności" jako czas grozy, chaosu, bezkarnych morderców i złodziei. Nie pamiętają faktów - pamiętają strach, jaki wzbudziła w nich telewizja.

To były czasy totalitaryzmu i monopolu, powie ktoś. Ale jakim cudem udało się powtórzyć taką operację już w czasach wolności, niedawno, osiem lat temu? Bo przecież ci, którzy kupują opowieści o jakichś strasznych rzeczach, które się niby działy za rządów PiS, zachowują się dokładnie - dokładnie - tak samo jak ci do dziś wierzący propagandzie peerelowskiego "Dziennika Telewizyjnego". Przecież nic się szczególnego za rządów PiS nie działo, absolutnie nic, co nie działoby się także przedtem i potem.

Dwie sejmowe komisje szukały i nic nie znalazły, szukały prokuratury, wszystko okazało się picem, jak te komunistyczne bajki o nieustających strajkach i zatrważającej eksplozji przestępczości. Żaden z histeryków, wykrzykujących młodzieży, że nie pamięta potworności IV Rzeczpospolitej, nie jest w stanie podać żadnego konkretnego przykładu, a te, które ewentualnie im przychodzą do głowy, są skrajnie zmanipulowane i łatwo to dowieść jednym argumentem.

Nie twierdzę, że w 2007 ludzie nie mieli żadnego powodu, by odsunąć PiS od władzy, i że taki a nie inny wynik wyborów był skutkiem jedynie antyrządowej kampanii propagandowej. PiS popełniło wtedy błędy, bez których propaganda uruchomiona przez zagrożone lobbies nie byłaby skuteczna. Ale ta kampania, i to, jak długo zalegał, w pewnym stopniu wciąż jeszcze zalega, w naszym życiu publicznym naniesiony nią szlam nienawiści i pogardy jednych Polaków wobec drugich, jest dowodem, że w pewnych okolicznościach można dokonać zamachu stanu - na przykład w małym kraju, z którego większy i potężniejszy chce wyssać miliardy dolarów albo przejąć kolonialny nadzór nad jego zasobami naturalnymi - bez wojska, nalotów i zbrojnego pogwałcenia granic. Wystarczy wykupić najbardziej wpływowe media i w odpowiednim momencie wzbudzić masową histerię.

Kiedy islamiści dojdą do wniosku, że aby rzucić znienawidzony Zachód na kolana, trzeba oprócz aktów terroru przejąć narzędzia do sterowania zachodnim strachem, nienawiścią i porywami serca? Może już dawno do tego wniosku doszli. Może propaganda zwalczająca zaciekle "islamofobię" w chwili, gdy na podbój Europy ruszają wędrujące ludy, niosące jej nowy, mahometański porządek, nie jest tak do końca przypadkiem i tylko czystą głupotą?

Tak jak na pewno nie było przypadkiem rozpowszechnienie w mediach zdjęcie chłopięcego trupka na tureckiej plaży - przecież można by takich zdjęć zrobić sporo i wcześniej, i potem - akurat w momencie, kiedy Jordania i Turcja, w porozumieniu z mafiami przewożącymi nielegalnie migrantów i sponsorami z bogatych arabskich krajów Zatoki Perskiej, chcących odwrócić ten exodus od siebie, zaczęły rozładowywać obozy uchodźców, kiedy pierwsza wielka fala migrantów dotarła na Bałkany.

Bo że takie były przyczyny nagłego, licznego pojawienia się "uchodźców wojennych" w dwa lata po tym, jak wojna przeszła z gorącego stadium w konflikt tlący się mniej więcej tak, jak obecnie na Ukrainie, nie jest żadną "teorią spiskową" - mówią o tym i piszą analitycy sytuacji międzynarodowej z wyspecjalizowanych think tanków i fachowych czasopism.

Ja wiem: to wszystko problemy, które troszkę przerastają bieżącą przepychankę z PiS-em, i dla wielu nie do ogarnięcia. Więc niech im będzie: tak, Ziemkiewicz widzi potrzebę istnienia cenzury. Tak jak widzi potrzebę istnienia kodeksu drogowego, kar za zatruwanie środowiska, ustawy krajobrazowej, prawa stosowania przez stosowne służby policyjnej prowokacji, podsłuchów i kontroli korespondencji dla ochrony życia, mienia i żywotnych interesów obywateli.

Chętnie posłucham pomysłów, jak zachować w mediach maksimum wolności, nie narażając państwa i społeczeństwa na niebezpieczeństwo, ale wolałbym, żeby zabierały w tej sprawie głos osoby nieco mądrzejsze od redaktora Wróbla. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama