Reklama

Reklama

​Kto zapłaci tę cenę

Złożona w wywiadzie dla agencji Reutera deklaracja Jarosława Kaczyńskiego, że gotów jest pogodzić się z niższym tempem rozwoju gospodarczego Polski, aby móc zrealizować swoje wizje polityczne, jest bulwersująca, ale nie zaskakująca.

Już dawno, u progu transformacji społeczno-gospodarczej, prominentny polityk narodowo-katolickiej prawicy, pełniący nawet w pewnym okresie funkcję wicepremiera, oświadczył że "nie jest ważne, czy w Polsce będzie kapitalizm, wolność słowa, czy będzie dobrobyt - najważniejsze żeby Polska była katolicka". W tamtym czasie Jarosław Kaczyński twierdził, że strategia ugrupowania reprezentowanego przez owego polityka (Henryka Goryszewskiego, jeśli ktoś nie pamięta), czyli Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, to "najkrótsza droga do dechrystianizacji Polski".

Można to było interpretować jako wyraz pragmatycznego przekonania, że jeśli umacnianie i dominacja katolicyzmu nie będą powiązane z rozwojem gospodarczym, modernizacją kraju i swobodami obywatelskimi, to Polacy taki system odrzucą, wraz z owym upaństwowionym katolicyzmem (albo skatolicyzowanym państwem). Ideałem ówczesnego Kaczyńskiego była Bawaria - katolicki kraj związkowy, łączący poszanowanie tradycji z nowoczesnością i innowacyjnością technologiczną ("Laptop und Lederhose" - czyli laptop i skórzane portki - jak głosił popularny wówczas slogan bawarski).

Skądinąd w tym samym czasie Paweł Kukiz śpiewał prześmiewczą piosenkę "ZChN zbliża się", na melodię popularnej pieśni pierwszokomunijnej (trawestując jej słowa na "Ksiądz proboszcz już się zbliża..."), także ostrzegając przed naporem narodowo-katolickiej ideologii. A tenże Kaczyński sugerował, że medialna ekspozytura tej ideologii, czyli koncern Tadeusza Rydzyka, ma podejrzane powiązania i niejasne źródła finansowania (Michał Kamiński, kiedyś jeden z najbliższych ludzi w otoczeniu Kaczyńskiego, w swojej książce twierdzi, że ten mówił o Rydzyku "to nie jest przypadek, że jego nadajniki są na Uralu").

Dziś ideologia narodowo-katolicka stała się oficjalną, choć nieformalną doktryną państwową, Kukiz przewodzi ugrupowaniu i klubowi parlamentarnemu zrzeszającemu jej najbardziej radykalnych wyrazicieli, a Tadeusz Rydzyk jest pupilem obecnej ekipy rządzącej. Jarosław Kaczyński gotów jest zaś płacić ekonomiczną cenę za polityczny sukces, czyli wpędzić Polskę w gospodarcze tarapaty byle jego ideologiczna wizja Polski zatriumfowała.

Reklama

Nie jest oryginalny. Prymat ideologii nad gospodarką i doktrynalnego fanatyzmu nad ekonomiczną efektywnością znany jest z przeszłości i współczesności. Polacy zaznali go, a Kubańczycy czy północni Koreańczycy nadal zaznają w postaci komunizmu, Wenezuelczycy - "boliwariańskiego" socjalizmu, Arabowie i Persowie - islamizmu, a Rosjanie - podszytego i legitymizowanego prawosławiem nacjonal-imperializmu (Rosja może zbiednieć, byle Krym był nasz, a "ruski mir" się rozrastał). W każdym lub prawie każdym z tych lub podobnych przypadków ów prymat ideologii nad ekonomią, a zatem pogodzenie się obywateli z zastojem gospodarczym, wymuszane są przemocą i podstępem, w tym propagandową nawałą. Niedopowiedziane przez Jarosława Kaczyńskiego pozostaje, co zrobi jeśli obywatele nie podzielą jego zgody na prymat ideologii nad gospodarką, czyli na gospodarcze spowolnienie w imię ideologii, którą on wyznaje. Bo wcześniej czy później uświadomią sobie, że to jego ideologia, a cenę za jej narzucanie im zapłacą oni.

Janusz A. Majcherek

  

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne