Reklama

Reklama

Jesień patriarchy?

Choćby nie wiem jak pomstować na małą mobilizację elektoratu i niską frekwencję, czy zastanawiać się nad przyczynami wysokiego wyniku Kukiza - nic nie przysłoni faktu, że Bronisław Komorowski poniósł w I turze wyborów klęskę, a Andrzej Duda odniósł sukces o nieoczekiwanej przez nikogo - łącznie z jego sztabem - skali. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że losy II tury są w tej sytuacji rozstrzygnięte, ale o jej wynik - mimo wszystko - raczej bym się nie zakładał.

Przyznaję - byłem absolutnie pewny tego, że urzędujący prezydent jest skazany w wyborach na sukces. Że jego walka o reelekcję może i nie będzie spacerkiem, ale z racji sondaży zaufania, pozycji Platformy, naturalnej skłonności do wybierania tych, których zna się dłużej i lepiej - Komorowski wygra walkę o reelekcję. Dziś widać, że nawet, jeśli tak się na koniec zdarzy, to bitwa wyborcza jest dla urzędującego prezydenta dużo cięższa, bardziej krwawa i bolesna niż ktokolwiek mógł się tego spodziewać.

Skala porażki Bronisława Komorowskiego wynika na pewno i z jego marnej kampanii, i ze słabej formy w wywiadach medialnych, i z potężnego znużenia Platformą i jej rządami - którego ofiarą stał się teraz prezydent, a za pół roku zapewne i sama partia. Te wybory - bez wątpienia - dowiodły też skali zniechęcenia do całej klasy politycznej. Zsumowany wynik wszystkich kandydatów, odżegnujących się od związków z establishmentem i buntujących się przeciw fundamentom i kośćcowi polskiego systemu politycznemu to niemal 30 proc. Prawie 4 miliony wyborców powiedziały w niedzielę, że chcą od polityków czegoś kompletnie innego, niż dostawali dotąd.

Reklama

Teoretycznie i matematycznie rzecz biorąc, wyniki I tury przemawiają za tym, że 6 sierpnia to Andrzej Duda wkroczy do pałacu prezydenckiego w roli jego nowego lokatora. Kandydaci buntu i ich elektorat wydają się dużo bliżsi PiS-owi i jego reprezentantowi niż Platformie i Komorowskiemu. Jeśli pójdą na wybory, to - jak się wydaje - w zdecydowanej większości poprą właśnie Dudę. I nawet, jeśli część wyborców Kukiza, głosując na niego, chciała dać Komorowskiemu raczej żółtą niż czerwoną kartkę, to nie chce mi się wierzyć, by wystraszeni spotami i wizją wszechwładzy PiS-u masowo ruszyli w przyszłą niedzielę do urn, kajając się za pochopne decyzje z I tury.

Czy urzędujący prezydent może więc upatrywać jeszcze w czymkolwiek nadziei? Jeśli tak - to tylko w tym, co wydaje się mieć największą siłę przyciągania wyborców do urn - w emocjach. I to emocjach negatywnych. Jeśli PO będzie potrafiła ożywić starego, zgranego, ale mającego wciąż siłę, potwora o imieniu "strach przed PiS-em", jeśli będzie w stanie wystraszyć tych kilkanaście procent wyborców, którzy deklarowali, że zagłosują na Komorowskiego, a potem zostali w domach, jeśli zdoła zbudować nastrój grozy i przekonania, że za Dudą stoją pospołu Kaczyński z Rydzykiem, Macierewiczem i posłanką Pawłowicz - to może, może uda się zgromadzić te brakujące dziś 2-3 miliony głosów. Ale nawet, jeśli jakoś się uda, prezydent prześlizgnie się cudem i wygra  II turę - to w zestawieniu z marzeniami o zwycięstwie szybkim, efektownym i dającym silny mandat - będzie to wyglądało raczej marnie.

Konrad Piasecki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy