Reklama

Reklama

Jego Murzyńskość Bronisław Komorowski

W sprawie tak zwanej "konwencji antyprzemocowej" nie chodzi oczywiście – jak może dał sobie wmówić ktoś skrajnie naiwny – o żadną przemoc ani zapobieganie jej.

Jest to dokument czysto ideologiczny, który z troską o ofiary przemocy ma dokładnie tyle samo wspólnego, ile miały wspólnego dokumenty programowe Międzynarodówki Komunistycznej z troską o płace i poziom życia klasy robotniczej. I dlatego właśnie jasne było od samego początku, że Sejm i Senat dokument ten "klepną", Bronisław Komorowski zaś podpisze, i to szybko, przed I turą wyborów - a wygłaszane kilka miesięcy temu deklaracje, że przemyśli, przyjrzy się, rozważy wszystkie argumenty, to tylko i wyłącznie pic.

Reklama

Liczy się jedno: połknięcie przez słabnącą PO elektoratu więdnącego SLD i upadłej palikociarni.

Jest to elektorat w znacznym stopniu ożywiany emocjami antykatolickimi i antykościelnymi - zresztą, w kompleksie "młodego wykształconego z dużego miasta", którego pali polska słoma w butach, odruch niechęci do Kościoła jest tylko częścią irracjonalnej niechęci do swego pochodzenia i tradycji oraz przekonania, że byle się od tej całej polskiej wiochy i obciachu odciąć, będzie się cała gębą "Europejczykiem". Antykościelność jest też ostatnim co pozostało z tożsamości postkomunistycznej, co pozwala się identyfikować wymierającemu, ale wciąż znaczącemu elektoratowi "partyjno-mundurowemu".

Razem jest takich "lewomyślnych" Polaków z dziesięć, może nawet piętnaście procent. I jeśli władza zdoła ich przekonać, że Leszek Miller, kwestionując uczciwość wyborów samorządowych, stał się "pisowcem", a projekt Ogórek definitywnie SLD wykończył, że lewomyślni muszą więc głosować na Komorowskiego i Kopacz - to mimo wzrostu notowań PiS, władza może się jeszcze jakoś obronić. Przynajmniej na to liczy i o to walczy. Stąd wyciągnięcie na tapetę in vitro, stąd genderowa "konwencja" i inne starania, by demonstracyjnie zagrać na nosie biskupom i pokazać, że Platforma "czarnych" się nie boi, a wprost przeciwnie.

O ile motywacje PO i prezydenta są oczywiste, o tyle argumentacja - haniebna. I to nie tylko dlatego, że posuwa się na przykład prezydent do oczywistych kłamstw, twierdząc, że konwencja potrzebna jest, żeby gwałt zaczął być przestępstwem ściganym z urzędu - tak jest w Polsce już od roku, prezydent zresztą sam stosowną ustawę podpisał, najwyraźniej nie ma we zwyczaju tego, co podpisuje, czytać.

Porażającym - wiem, że to słowo niektórych śmieszy, ale nie mogę znaleźć stosowniejszego; bulwersującym, załamującym, krańcowo debilnym, do wyboru - jest argument, na którym prezydent oparł swój prokonwencyjny wywód: wszystkie kraje tę konwencję przyjęły i byłby to straszny wstyd (STRASZNY WSTYD !) dla Polski, gdyby nie przyjęła.

Po drugie - to nieprawda. Z 47 krajów Rady Europy konwencję "antyprzemocową" ratyfikowało tylko 16, w tym jedynie 8 krajów Unii Europejskiej - głównie ze Skandynawii i Beneluksu, czyli te najbardziej zaangażowane w gejolesbisjką rewolucję obyczajową, i tym samym, bo widać taką statystyczną zbieżność, mające u siebie największe kłopoty z przemocą domową.

I nic nie wskazuje na to, by liczba prawnych implementacji konwencji miała wzrosnąć.

Wiem, w prorządowych mediach znajdziecie Państwo inne liczby - tam pisze się i mówi, że podpisało konwencję 37 krajów. Podpisać a ratyfikować - to dwie inne sprawy. Owszem, 21 krajów podpisało dokument, czyli ogólnie poparło ideę, ale odmówiło włączenia go do swego systemu prawnego.

Na czele tych, które ani nie ratyfikowały, ani nie podpisały, mamy Niemcy i Wielką Brytanię. Powód jest oczywisty: ratyfikowanie konwencji nie tylko narzuca wymuszanie przez państwo spojrzenie na rodzinę, zgodnie z ideolo marksizmu-feminizmu, jako na przyczynę przemocy, opresji i nieszczęścia, oraz zdefiniowanie płci jako dowolnego wyboru, a nie cechy biologicznej - co jest sprzeczne z deklarowaną przez większość konstytucji krajowych zasadą neutralności światopoglądowej państwa. Przede wszystkim, konwencja poddaje prawo rodzinne krajów sygnatariuszy kontroli europejskiej rady, która jest zwykłą, samozwańczą ideologiczną jaczejką.

A tacy na przykład Niemcy nigdy, z zasady, nie podpisują niczego, co w jakikolwiek, choćby czysto symboliczny sposób podporządkowuje ich ciałom nie-niemieckim, znajdującym się za granicą. A jak wetknięto ograniczenia narodowej suwerenności do "europejskiej konstytucji", to niemiecki trybunał konstytucyjny na wszelki wypadek i na przyszłość wydał orzeczenie, że te zapisy w Niemczech nie obowiązują. Albowiem w Niemczech to Niemcy są "uber alles", a nie jakiekolwiek unie czy instytucje międzynarodowe.

I nikomu tam do głowy nie przyjdzie, że jak Niemcy odmówią podpisania czegoś, to to "wstyd". I to jeszcze "wielki".

Ale Niemcy to przecież - że użyję takiej metafory - Biali Ludzie. A my jesteśmy głupie Murzyny, to znaczy, za takich się uważamy. I tu dochodzimy do tego, co "po pierwsze". Mniejsza z tym, że argument, jakim uzasadnił prezydent ratyfikowanie głupiego i szkodliwego dla Polski aktu prawnego, nie wytrzymuje konfrontacji z faktami - przeciwnie, kraje najbardziej znaczące odłożyły ten ideologiczny manifest ad acta i ratyfikować go nie zamierzają. Ale taka wypowiedź głowy państwa - to po prostu...

Tak, zacytuję tu słowo, które niechcący wprowadził do debaty publicznej  były szef MSZ Radosław Sikorski: takie słowa prezydenta to kwintesencja "murzyńskości".

Nie mamy własnego rozumu i nie chcemy go mieć, nie zastanawiamy się, czy to mądre, czy to nam potrzebne. Uznajemy swą niższość i przyrodzoną głupotę, i wiemy, że jedyną drogą awansu jest dla nas gorliwe naśladowanie Bwana Kubwa, który rozdaje szklane paciorki.

Jak Bwana Kubwa mówić, że gender być nowocześnie, my musieć być gender też. Bo wstyd.

Tu można już tylko zakląć i zadać retoryczne pytanie, czy w kraju, który wydał kiedyś Dmowskiego i Piłsudskiego, Kościuszkę i księcia Poniatowskiego, a całkiem niedawno Jana Pawła II, nastąpiło już ostateczne zbydlęcenie i zatracenie elementarnej godności i dumy, już nie narodowej nawet, ale zwyczajnie - ludzkiej?

I ewentualnie się pocieszyć odpowiedzią, że może nie w całym kraju, ale tylko w pewnej części elektoratu. Która jednak, niestety, okazuje się w tych wyborach ważna, i której władza z tego powodu szczególnie się chce podlizać.

Całe szczęście, że na wyborach świat się nie kończy. A po wyborach Trybunał Konstytucyjny zapewne zgodzi się z argumentami prawników (wymienię tylko profesora Zolla, ale jest ich znacznie więcej), którzy od początku wskazywali sprzeczności pomiędzy konwencją a polską konstytucją, i, daj Boże, zostanie ten prawny bubel wraz z podpisem złożonym pod nim przez Bronisława Komorowskiego posłany do kosza. Wniosek do Trybunału, jak wiem, jest już pisany. Ale wywietrzenie niewolniczego, kolonialnego smrodku, który się przy okazji konwencji rozszedł, to osobna praca do wykonania. 

Rafał Ziemkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje