Reklama

Reklama

​Imigracyjny zwrot?

Polski rząd zamierza otworzyć kraj na imigrację z dalekich i egzotycznych Filipin. To decyzja zaskakująca, choć racjonalna, ale też ryzykowna.

Zaskakująca, bowiem ekipa "dobrej zmiany" doszła do władzy i utrzymywała ją dotychczas także dzięki obietnicom niewpuszczania w polskie granice przybyszy spoza Europy. Albo więc obserwujemy porzucanie dotychczasowego stanowiska, albo jego istotną korektę. Domyślać się można tego drugiego, a mianowicie konkretyzacji kategorii osób niepożądanych: muzułmanów (wymiennie: Arabów). 

Za taką interpretacją przemawiają sugestie, że otwierać mielibyśmy się na imigrację z Filipin ze względu na dominujący tam katolicyzm. Z punktu widzenia perspektyw przyszłej asymilacji to sensowne, choć kilkadziesiąt tysięcy buddyjskich przeważnie Wietnamczyków nie sprawia problemów, podobnie jak kilkaset tysięcy prawosławnych lub grekokatolickich z reguły Ukraińców.

Reklama

Problem w tym jak owych egzotycznych imigrantów przyjęliby Polacy, a zwłaszcza wyborcy PiS i zwolennicy jeszcze radykalniejszej prawicy nacjonalistycznej. Wielu z nich reagowało niechęcią, a niektórzy nawet agresją nie tylko na widok osób o śniadej karnacji na polskich ulicach, ale także na wszelkie pomysły otwarcia Polski na przybyszy z zewnątrz, skandując podczas ulicznych marszów "Polska cała tylko biała". Wyznanie nie jest zaś tak łatwo rozpoznawalne jak rasa i po wyglądzie nie da się go zidentyfikować. 

Polacy niechętni obcym mogą więc reagować równie wrogo, a może i agresywnie na widok filipińskiego katolika jak arabskiego muzułmanina. Aby temu zapobiec należałoby przeprowadzić jakąś kampanię uświadamiającą i przygotowującą na przybycie do Polski egzotycznych imigrantów. Gdyby obecna ekipa rządząca podjęła się namawiania rodaków do przychylności i życzliwości wobec obcych przybyszy z dalekich krajów, byłoby to duże, bardzo duże zaskoczenie. Zwłaszcza jeśli podjąłby się tego minister spraw wewnętrznych, ochoczo dotychczas biorący w obronę maszerujących po ulicach nacjonalistów i rasistów.

Ale w Polsce brakuje rąk do pracy i być może te nie całkiem białe też zostaną uznane za przydatne. Premier mówił o 150 tys. nieobsadzonych etatów w polskiej gospodarce, niektórzy analitycy podają liczby nawet kilkukrotnie wyższe. W tej sytuacji sięgnięcie po gastarbeiterów z dalekiej Azji byłoby sensowne. Ale oznaczałoby rewolucję kulturową o nieznanej dotychczas formie, bo nawet wielokulturowe dawne Rzeczypospolite (przedrozbiorowa i międzywojenna) nie miały tak wielu mieszkańców tak egzotycznego pochodzenia. Polacy mogą się okazać na taką rewolucję niegotowi. Zwłaszcza że straszyło się ich imigrantami, ostrzegało przed pasożytami i pierwotniakami przez nich roznoszonymi, tolerowało nacjonalistyczne, a nawet rasistowskie hasła i okrzyki.    

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama