Reklama

Reklama

Gdzie zgoda, gdzie bezpieczeństwo?

Do odwracania kota ogonem w niemal każdej sprawie zdążyliśmy się już niestety przyzwyczaić. Ten nowotwór debaty publicznej przeniknął wiele sfer naszego życia, nigdzie jednak nie jest bardziej widoczny niż w polityce i w mediach. Nigdzie też nie jest tak niebezpieczny, szczególnie w sytuacji, gdy za naszymi granicami toczy się wojna. Debata o Rosji jest tego procederu najlepszym przykładem.

Niektórzy politycy i dziennikarze, nieprzypadkowo znani z wizji ocieplania stosunków z Rosją za wszelką cenę, próbują jakoś odnaleźć się w nowej sytuacji. Próbują znaleźć jakiś moment w historii ostatnich lat, który pozwoliłby uzasadnić tezę o nagłej przemianie Władimira Putina. Przemianie, która usprawiedliwiłaby ich niegdysiejsze rojenia o posmoleńskim przypływie zaufania w stosunkach z Rosją i uwiarygodniłaby ich obecne tezy co do tego, jak trzeba w stosunkach z Rosją postępować.

Reklama

Przepraszam, ale nabrać się na to mogą już tylko najbardziej naiwni i chętni na to, by za wszelką cenę dawać się oszukiwać.

Jeśli nie w 2008 roku, w czasie wojny w Gruzji, to najpóźniej po tym, co stało się na lotnisku Siewiernym, polska klasa polityczna i tak lub owak rozumiane elity powinny zrozumieć, że mamy do czynienia z Moskwą w bardzo niebezpiecznym wydaniu. Dlatego wszelkie uwagi o tym, jak obecnie można Putina nazywać i jakie to rosyjskie partie się w Polsce tworzą, brzmią w ustach i pod piórem tych, którzy po Smoleńsku pisali "spasiba", niewiarygodnie. Więcej powiem: kompromitująco niewiarygodnie.

Szanowni państwo, politycy i eksperci, bez uderzenia się w piersi i powiedzenia wprost, że byliśmy ślepymi idiotami, nic, co państwo chcecie mówić i pisać o świecie, nie ma już żadnego sensu. Tak jak wasze poglądy na Rosję po 10 kwietnia 2010 roku, tak i wszystko, co jesteście w stanie teraz z siebie wykrztusić, jest kompletnie bez znaczenia. Nie ma żadnej wartości.

Usiłujecie niepostrzeżenie prześlizgnąć się z obozu przyjaciół Moskwy do obozu jej krytyków, ale "spisane wcześniej czyny i rozmowy" pokazują, że albo wtedy byliście pozbawieni mózgu, albo teraz jesteście pozbawieni honoru. Być może zresztą jedno i drugie.

Dlaczego piszę o tym właśnie teraz? Bo czas nie stoi w miejscu, bo być może mamy ostatnią okazję, by na poważnie pomyśleć o przyszłości naszej Ojczyzny i naszych dzieci, by poważnie zastanowić się, co jeszcze możemy i powinniśmy zrobić, by uniknąć najgorszego.

W tym zastanawianiu się uwikłane i poplątane wywody "nawróconych ekspertów od Moskwy" nam nie pomogą. By pomagały, powinniśmy mieć pewność, że oni wiedzą, co się dzieje i są uczciwi. Nie mamy jednak gwarancji ani jednego, ani drugiego...

Doskonale wiadomo już, jak istotnym elementem naszego sojuszu z USA byłaby tarcza antyrakietowa. Doskonale wiadomo też, kto wiele uczynił, by do jej budowy na terenie Polski nie doszło. Tarcza miała rzekomo drażnić Rosjan i sprawić, że przysuną do naszych granic swoje "Iskandery".

Cóż, tarczy nie ma, a "Iskandery" i tak co chwila w rosyjskiej retoryce się pojawiają. A my nie mamy żadnego sposobu na to, by w razie czego się przed nimi bronić. Bo przecież żadnej realnej obrony przeciwrakietowej nie zbudowaliśmy.

Rzeczywistość jest taka, że Rosja carów, bolszewików czy Putina nienawidzi Polski. I Polska, owszem, może siedzieć cicho, ale naszej sytuacji to i tak nie zmieni. Złudzenie, że kraj, który przyczynił się do "największej tragedii XX wieku, czyli upadku ZSRR", może sobie ot tak, nie wadząc nikomu, cicho siedzieć, jest złudzeniem.

Polska jest i będzie przedmiotem rosyjskich nacisków. Możemy być tylko na tyle bezpieczni, na ile będziemy silni - tak wewnętrznie, jak i militarnie. Na ile tylko silna będzie nasza determinacja, by się przed naciskami bronić. Na ile silne instrumenty, nie tylko militarne, ale też dyplomatyczne, które mogą do tych nacisków zniechęcać.

Środowisko "nagłych-odkrywców-ponurego-oblicza-Władimira-Putina" uczyniło bardzo wiele, by naszą - zarówno wewnętrzną, jak i militarną - siłę zmienić w słabość. Dużo by mówić o tym, na jak wiele sposobów. I ci ludzie między innymi z tego muszą być rozliczeni.

Wiedzą o tym i dlatego tak uporczywie trzymają się nadziei, że naród kolejny raz kupi ich opinie o tym, co dla kraju dobre i czego naprawdę trzeba się bać. O ile jednak nic tak nie uwiarygadnia eksperta, jak trafne prognozy, to nic go tak nie kompromituje, jak próba udawania, że ewidentne błędy, które w swoich analizach popełniał, nie istniały.

Zgoda na to, by dalszy wpływ na losy kraju mieli ludzie, których kompromituje brak zdolności przewidywania i determinacji w działaniach dla dobra Polski, żadnego bezpieczeństwa nam nie da.

Dowiedz się więcej na temat: zgoda i bezpieczeństwo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy