Reklama

Reklama

Dysonans prezydencki

Przekonywanie, że dotychczasowi polscy prezydenci umieli się jakoś szczególnie wysoko wznieść ponad swe partyjne i polityczne sympatie, byłoby tezą obłudną i niełatwą do obronienia. Mam jednak wrażenie, że i Aleksander Kwaśniewski, i Lech Kaczyński, i Bronisław Komorowski starali się przynajmniej stwarzać pozory, że potrafią odłożyć partyjne legitymacje do szuflady i wziąć pod uwagę opinię innych, niż własne, środowisk politycznych. Andrzej Duda postanowił pójść zupełnie inną ścieżką…

Kiedy u początków współpracy z rządem PiS Andrzej Duda wygłosił hymn pochwalny pod adresem Jarosława Kaczyńskiego ("wielki Polak, patriota i strateg"), pomyślałem, że prezydent oddaje hołd prezesowi, by w ten oto przemyślny sposób zasygnalizować, że od tego momentu zaczyna pisać własny scenariusz na prezydenturę i jej polityczne usytuowanie. Że to coś w rodzaju symbolicznego rozstania z "politycznym ojcem", moment, gdy umiera Duda skrępowany chęcią dopomożenia swej partii w zwycięstwie i rodzi się Duda pełnowymiarowy, pełnokrwisty prezydent, mający własny, autorski pomysł na następne pięciolecie.

Reklama

Ostatnie tygodnie dowiodły, jak optymistyczne były to przypuszczenia, i jak bardzo różna od tej, która wyłaniała się z kampanijnych zapowiedzi i obrazów, jest prezydentura Andrzeja Dudy.

"Będę prezydentem dialogu i porozumienia", "Moja prezydentura będzie otwarta", "Szacunek ze strony prezydenta wymaga, by podejmować rozmowy", "Jako prezydent będę zabiegał o odtworzenie wspólnoty społecznej w Polsce" - w konfrontacji z powyborczą rzeczywistością kampanijne zapowiedzi Andrzeja Dudy brzmią dziś..., ano tak, jak brzmią. Nawet najwięksi fani tej prezydentury nie będą chyba przekonywać, że którakolwiek z tych obietnic, w którymkolwiek momencie (może z wyjątkiem powoływania Narodowej Rady Rozwoju), stała się ciałem.

Andrzej Duda nie pozwolił sobie na żaden gest, słowo, skrzywienie czy zwłokę, która byłaby nie w smak jego rodzimej partii. I wydaje się człowiekiem, który zdaje sobie z tego doskonale sprawę. I nie jest mu z tym wszystkim najlepiej.  

Nie sądziłem (ani, tym bardziej, nie oczekiwałem), że Andrzej Duda będzie wielkim hamulcowym planów rządzenia PiS i liderem opozycji wobec ugrupowania, z którego się wywodzi. Że będzie sypał piach w szprychy i utrudniał wprowadzanie dobrych czy choćby i mniej dobrych zmian. Ale oczekiwałbym, że prezydent ślubujący "dochowania wierności postanowieniom konstytucji", będzie przynajmniej ciut uważniej i z większą starannością sprawdzał, czy aby ustawy, które podpisuje, nie są z tą konstytucją sprzeczne.

Że dostając na biurko ustawę, o której chyba wszyscy prawnicy mający tytuł wyższy niż magisterski powiedzieli, że jest sprzeczna z konstytucją i nie nadaje się do podpisania, porozmawia na ten temat i z tymi, którzy jej bronią, ale i z tymi, którzy ją atakują, że zamówi jakieś ekspertyzy, że zaprosi na rozmowę prezesa Trybunału (nawet jeśli nie podoba mu się jego postawa), że przyjrzy się trybowi uchwalania ustawy, a nie - oderwawszy się od śledzia, karpia i szusowania po stokach w Wiśle - wpadnie do Warszawy, by złożyć podpis i oświadczyć, że "Polacy oczekują spokoju". Bo spokój - owszem - jest cenny, ale jeszcze cenniejsze są dobrze przemyślane i przedyskutowane - także z oponentami - decyzje rządzących.

Można oczywiście w takim stylu prezydentury odnaleźć elementy godne pochwał i komplementów. Można cenić, że Andrzej Duda nie sili się na fałsz, obłudę, dwulicowość i pic. Można cieszyć się, że nie marnuje czasu na jałowe rozważania, puste gesty, na dzielenie włosa na czworo, na wsłuchiwanie się w opinię ludzi, których nie lubi, nie ceni, nie szanuje i się z nimi nie zgadza. Można przypominać i zarzucać, że choć jego poprzednicy rozmawiali, debatowali, zamawiali ekspertyzy i pozorowali namysł - to i tak przeważnie działali zgodnie z potrzebami ugrupowań z których się wywodzili. Ale można i należy też stwierdzić, że z tym, co zapowiadał w swej kampanii Andrzej Duda, taki styl nie ma nic, ale to kompletnie nic wspólnego.

Konrad Piasecki

Reklama

Reklama

Reklama