Reklama

Reklama

Co mi zrobisz, jak mnie przegłosujesz?

Padł legislacyjny rekord świata - zaledwie 16 godzin zajęło sejmowej większości pełne "przeprocedowanie" ustawy otwierającej bramki na autostradach. Te bramki, które, pozwolę sobie przypomnieć, już prawie dwa lata temu zlikwidowała i zastąpiła systemem elektronicznego poboru myta Elżbieta Bieńkowska, kreowana w mediach na cesarzową menedżerskiego profesjonalizmu.

Pięćdziesiąt baniek dla koncesjonariuszy to niby przysłowiowy pikuś, w ubiegłym roku budżet państwa dopłacił autostradowym kulczykom do interesu 1,4 miliarda, bo takie genialne myki w umowach porobiły przy okazji swego sztandarowego dokonania dwa rządzące Polską w bratnim przymierzu peezele (bo Polską, powtarzam raz jeszcze, nie rządzi żadna PO, która była partią Płażyńskiego, Rokity, Gilowskiej i innych, tylko dwa PSL-e, jeden wsiowy, drugi miastowy, oba do siebie podobne jak dwie krople z kanalizacji). Pikuś, no ale, jak zauważył ktoś w dzisiejszych gazetach, dwa razy więcej niż na przykład dopłaca państwo do barów mlecznych.

Reklama

No tak, bary mleczne są na co dzień znakomitą formą pomagania ludziom najbiedniejszym, starym... Ale co z tego, że to pożyteczne, skoro tak mało spektakularne? Czy jakieś tańsze o półtora złotego kotlety dla biedoty wygenerowałyby "niusa", że pani premier i jej partia cię kochają i o ciebie dbają?

"Na emerytów, rencistów i inną biedotę my oddziałamy wew inny sposób" - jak mówił Kolega Kierownik w czasach, gdy Jacek Fedorowicz był krytykiem nomenklatury , a nie jej nadwornym trefnisiem - każdy emeryt, jest taki projekt, dostanie jednorazowo 400 złotych na rękę. Niech zna pańską łaskę przed wyborami. Pod hasłem, którym ogólnie uzasadnia władza swe nagłe przebudzenie, że osiem lat światłych rządów dwóch peezeli przyniosło wzrost i mnóstwo kasy, więc teraz, w końcówce kadencji, jest co dzielić.

"Wspólnie budowaliśmy przez 8 lat nasz kraj, teraz musimy go wspólnie urządzić. PO chce Polski, która będzie domem szczęśliwych ludzi, w której będą panowały dostatek i bezpieczeństwo... Polacy będą mieli zdecydowanie wyższy standard życia... To jest mój cel, Polacy na to zasługują. Dobre zmiany już się dzieją....Rozpoczęliśmy walkę z niekorzystnymi trendami demograficznymi. Młodym mamom wypłacimy zasiłek po 1000 złotych przez dwanaście miesięcy. Zwiększamy też wydatki na żłobki i przedszkola. Pomagamy osobom starszym i ich opiekunom. Niedługo też przedstawimy propozycję dla osób, które mają problemy ze spłatą kredytów hipotecznych... W tej chwili przygotowujemy szczegóły tych rozwiązań... Szczegóły przedstawię w naszym jesiennym programie. Znaleźliśmy na to bardzo dobre rozwiązanie... Zamierzam obniżyć podatki, szczególnie te osobiste. Przedstawię projekt jesienią razem z całym programem".

To oczywiście wybór cytatów tylko z pierwszej połowy dzisiejszego wywiadu pani premier Kopacz dla "Rzeczpospolitej" - plus jeszcze likwidacja "umów śmieciowych". Nie doczytałem na razie drugiej połowy, pewnie mówi tam pani Kopacz, że każdy dostanie od niej jeszcze złotą kartę kredytową i prywatne pendolino. "A co ja prosta baba, bez kozery powiem pińcset! Sto tysięcy! Milion!" I natośmy mieli "dwadzieścia pięć lat wolności", żeby stare skecze i piosenki z peerelowskich kabaretów znowu pasowały jak ulał. A jeśli ktoś potrzebuje mądrego terminu, proponuję na użytek przyszłych politologicznych opracowań: "państwo promisywne".

Jeśli ktoś z państwa, zamiast czuć wdzięczność dla władzy za okazywaną przez nią od kilku tygodni na każdym kroku łaskawość, zapyta, czy i skąd władza na to wszystko weźmie, to ja mogę wyjaśnić. Weźmie z tych pieniędzy, których nie ma na realizację populistycznych obiecanek Andrzeja Dudy i PiS. Bo tym się różnią realne obietnice od populistycznych, że te drugie składają populiści, a te pierwsze partia odpowiedzialna. No bo przecież "jesteśmy przede wszystkim odpowiedzialną partią" - mówi w cytowanym wywiadzie pani premier. Może to różnica jedyna, ale wystarczająca. Przynajmniej dla lemingów.

Ale jeśli komuś nie wystarcza, to ja chętnie wyjaśnię, dlaczego obietnice Dudy i Szydło mogą, jak wrzeszczą autorytety establishmentowych mediów, zrujnować budżet, a obietnice PO i PSL (emerytury poniżej sześćdziesiątki, przypomnijmy twórczy wkład tej drugiej partii) nie mogą zrujnować budżetu. Sprawa jest bardzo prosta: otóż Duda i Szydło są niebezpieczni, bo oni swoje obietnice naprawdę zamierzają realizować. A rządzące peezele, wszyscy wiedzą, obiecują tylko dla picu.

Ustawa o otwarciu bramek przeprocedowana została z tak rażącymi naruszeniami prawa, że oczywiście Trybunał Konstytucyjny uzna ją za nieważną, mimo ustawowego skoku na tenże Trybunał, jaki właśnie peezele wykonały (nawet "Wyborcza" tak to nazwała - skokiem na Trybunał, oczywiście drobnym druczkiem na 10 stronie).

Powstanie pewien zamęt ze zrodzonymi przez pic-ustawę skutkami finansowymi, bo Kulczyk et consortes będą się domagać tych 50 milionów za wstrzymanie poboru myta, ale to już będzie problem następnej ekipy rządzącej, i pani Kopacz się martwić nie musi.

Ustawę o in vitro przepchnięto pomimo negatywnych opinii Biura Analiz Sejmowych, licznych autorytetów prawniczych i nawet samego Sądu Najwyższego, więc ją też uzna Trybunał za niekonstytucyjną, ale ten bubel prawny nie jest po to, żeby funkcjonował, tylko żeby - znowu - wygenerować niusa. Jak się przy okazji zdąży przed wyrokiem Trybunału przepompować trochę kasy z NFZ do zaprzyjaźnionych prywatnych klinik dłubiących w gonadach i szkle, które miały na pisanie tego prawa decydujący wpływ, to oczywiście też fajnie - a generalnie, niech się martwi następna władza.

Projekt emerytur po czterdziestu latach stażu też wbudowany ma taki sprytny zapis, że w praktyce dotyczyć one będą tylko rolników, a innym te czterdzieści lat i tak wypadnie około 66. roku życia.

Horyzont pani Kopacz i pana Piechocińskiego zamyka się dziś bowiem w tym, żeby z jednej strony przez cztery miesiące zmobilizować maksimum frajerów, którzy pozwolą im nie wypaść z Sejmu, a z drugiej maksymalnie się jeszcze przez te miesiące pozostające do nieuchronnego odstawienia od koryta nafutrować. Dlatego wszelkie pozory przyzwoitości i skrupuły idą w kąt.

PSL bez żenady kładzie łapę na grafenie, mianując szefem Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych kolesia zamiast specjalistę, który wygrał konkurs, PO pcha lobbystom ustawy dające im wielomilionowe zyski (na przykład na rynku lichwiarskich pożyczek). Wyrwać co się da, naobiecywać i narozdawać w imieniu następców, i chodu w krzaki - to znaczy, jeśli wszystko dobrze pójdzie, w ławy sejmowej opozycji, dającej immunitety i wygodną trybunę do pryncypialnego krytykowania PiS-u i Kukiza za nieodpowiedzialność i łamanie dyscypliny budżetowej. Zresztą, nawet gdyby tych immunitetów zabrakło, nie będzie najgorzej, bo udało się w porę zmienić procedurę karna tak, aby nawet ewidentnym aferzystom wszystko się upiekło.

I - tego jednego zdania zabrakło mi w wywiadzie pani premier - co nam zrobicie?!

Dowiedz się więcej na temat: Rafał Ziemkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy