Reklama

Reklama

Wynagrodzenia i zasiłki

Od czasu do czasu zdarza się, że można, a nawet trzeba, zgodzić się z tym, co mówi ktoś o poglądach i przekonaniach zasadniczo rozbieżnych z naszymi. Tak jest w przypadku przewodniczącego OPZZ, który ostatnio stwierdził, że dobrobyt ("dobro narodu" - jak to określił) pochodzi z pracy, nie z zasiłków.

To oczywiście nic odkrywczego, ale obecnie takie elementarne prawdy nabrały znaczenia, nie tylko z powodu pojawienia się postprawdy. Wielu uczestników publicznych debat przekonuje, że rozdawanie pieniędzy niezależnie od wykonywanej pracy może trwale podnieść poziom życia społeczeństwa. Rolę taką przypisują w szczególności 500-złotowemu zasiłkowi wypłacanemu nie za wykonywanie pracy, lecz posiadanie dzieci.

Niektórzy rozpędzają się i w swoim socjalnym zapale popadają w iluzję, że trafili na pomysł ekonomicznego perpetuum mobile. Rozdając pieniądze obywatelom sprawimy, że pójdą z nimi na zakupy, dzięki czemu zwiększy się sprzedaż rozmaitych towarów, a w ślad za nią ich produkcja, od wartości której państwo zainkasuje podatki (zwłaszcza VAT), w rezultacie wzrośnie więc produkt krajowy i dochody budżetowe pozwalające na dalsze wydatki. Eureka!

Trzeźwa uwaga przewodniczącego związku zawodowego jest w kontekście takich rojeń warta odnotowania i pochwały. Jako reprezentant pracowników wyraża ich interesy, ale w tym przypadku pokrywają się one z interesem społecznym.

Reklama

Chodzi mu o podwyżki płac, ale gdy mamy do wyboru podnosić stawki wynagrodzenia za pracę o rosnącej produktywności, czy zasiłki niezależne od wykonywania jakiejkolwiek pracy i jej produktywności, to powinniśmy przede wszystkim przeznaczyć pieniądze na te pierwsze. Zwłaszcza gdy dotyczy to sektora publicznego, czyli utrzymywanego z budżetu państwa. Gdy ten jest drenowany przez rozmaite, hojnie rozdawane świadczenia pozapłacowe, na zwiększenie wynagrodzeń pracowników budżetówki nie starcza. Nic dziwnego, że protestują przeciw temu.

Tak się składa, że nie słychać od dawna o strajkach w przedsiębiorstwach sektora prywatnego. To nie tylko z powodu niskiego bezrobocia i braku rąk do pracy w wielu branżach, co sprawia, że pracownik niezadowolony z wynagrodzenia idzie do innego, hojniejszego pracodawcy albo taką groźbą wymusza podwyżkę u dotychczasowego. To także wynik racjonalnego rachunku finansowego, który w sektorze budżetowym podporządkowany jest kalkulacji politycznej. Według niej bardziej opłacalne jest rozdawanie pieniędzy niezależnie od pracy i jej wyników.

Resztki elementarnej kalkulacji wyrażają się w uświadomieniu, że skoro pieniądze rozdano na zasiłki i inne świadczenia, to nie ma ich na podwyższenie wynagrodzeń za pracę. Ale tego, oczywiście, polityczni dysponenci budżetu państwa głośno nie przyznają. Pracownicy budżetówki zaś nie będą, bo nie muszą, brać pod uwagę. Konflikt więc nieunikniony.  

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama