Reklama

Reklama

Układ sił

Uzyskanie przez kandydatów antypisowskiej opozycji większości mandatów w Senacie i odebranie obozowi rządzącemu kontroli nad tą instytucją, każe dość zasadniczo zrewidować dominujące interpretacje wyników wyborów parlamentarnych, zwłaszcza te formułowane tuż po ich ogłoszeniu. W spektakularny sposób bowiem zobrazowany został fakt, dający się też wywieść z innych danych liczbowych i procentowych, że większość elektoratu (suwerena - mówiąc językiem prezesa) wcale nie popiera PiS.

Nie należy się poddawać narzuconemu przez pisowskich propagandystów epatowaniu liczbą 8 milionów głosów oddanych na ten obóz polityczny. Przy najwyższej od 1989 roku frekwencji nie jest to bynajmniej wynik powalający, zwłaszcza jeśli zsumować liczbę głosów oddanych na niePiS (KO + Lewica + Koalicja Polska + Konfederacja = ponad 10 mln), a nawet tylko antyPiS (bez Konfederacji = prawie 9 mln). Także w procentach trzy opozycyjne bloki (bez Konfederacji) uzyskały łącznie więcej (48,5) niż PiS (43,6). 

To nie oznacza, że PiS nie ma mandatu do sprawowania rządów (jest największym ugrupowaniem i dysponuje - wprawdzie niewielką - większością posłów), lecz pokazuje ograniczone przyzwolenie na rządową, a tym bardziej parlamentarną samowolę. Owszem, PiS zdobyło 6 pkt proc. głosów więcej niż w 2015 roku, ale mniej (procentowo) niż w wiosennych wyborach europarlamentarnych, zatem w ostatnim okresie dynamika poparcia dla rządzącego obozu wygasła.

Reklama

Senacka kontrola procesu legislacyjnego przez opozycję znacznie utrudni ową samowolę rządzących. Zastopuje także przejęcie tych urzędów (np. Rzecznika Praw Obywatelskich), na obsadzenie których ma wpływ, a PiS chrapkę. Ale ponadto odzwierciedla obiecującą perspektywę przejęcia kolejnej instytucji współdziałającej dotychczas w dewastowaniu praworządności - prezydentury. Dobrze dobrany kandydat (kandydatka?), uzgodniony przez całą opozycję, przy aktywnym zaangażowaniu w jego (jej?) wspieranie przez wszystkie opozycyjne siły, daje realną szansę pozbawienia Andrzeja Dudy pełnionego urzędu (zdobył go przewagą 51,5:48,5 proc. głosów). A kontrolując Senat, oraz mając realnie strzegącego konstytucji i praworządności prezydenta, opozycja mogłaby powstrzymać proces obsuwania się Polski w autorytaryzm.

Wyniki wyborów potwierdziły nie tyle pęknięcie polskiego elektoratu i społeczeństwa na pół, co jego rozczłonkowanie w charakterystycznym spektrum, wyznaczonym przez wykształcenie i miejsce zamieszkania. Im niższe to pierwsze i mniejsze to drugie, tym poparcie dla PiS większe, a wraz ze wzrostem poziomu wykształcenia i liczby mieszkańców w danej miejscowości, rośnie poparcie dla liberalno-lewicowej opozycji. Jej najbliższe zadanie to umocnienie się w największych miastach (swoich bastionach), ale przede wszystkim odzyskanie przewagi w tych średnich (50-100 tys. mieszkańców), i wśród wyborców ze średnim wykształceniem. To nie musi być trudne, w wielu takich miejscowościach rządzą opozycyjni, popularni prezydenci, a średnie wykształcenie cechuje lokalną klasę średnią, aspirującą do wyższych pozycji i statusu dzięki swojej pracy, a nie rozdawnictwu zasiłków i innych pieniężnych prezentów.

Być może jednak newralgiczne zadanie spoczywa na PSL. To bowiem ugrupowanie mogące odbić część elektoratu wiejskiego i małomiasteczkowego, przechwyconego w minionych latach przez PiS. Wynik ludowców, po wejściu w ryzykowny sojusz z Kukizem, jest obiecujący, ale wyzwanie niełatwe. PiS stał się partią plebejską i odzyskanie choćby części pisowskiego ludu dla antypisowskiej opozycji będzie trudne.  

Ale, tak czy owak, polska demokracja wkracza w nowy i ciekawy etap. Odmienność większości w Sejmie i Senacie zdarza się po raz pierwszy od przywrócenia tej izby i kształtowanie się ich relacji będzie interesującym eksperymentem. Prawdopodobnie z korzyścią dla praworządności i systemu konstytucyjnego. 

Reklama

Reklama

Reklama