Reklama

Reklama

Niechciany Marsz

Doroczne Marsze Niepodległości stały się największymi demonstracjami publicznymi w Polsce, co mogłoby nasuwać przypuszczenie, że różne organizacje i instytucje będą się chciały z nimi utożsamić i przedstawiać je jako ze sobą powiązane, a ich uczestników jako swoich sprzymierzeńców.

Tymczasem nie ma chętnych do takiego utożsamienia czy choćby zbliżenia, a obóz władzy i Kościół katolicki, którym byłoby bodaj do maszerujących najbliżej, nie bardzo chciały z nimi mieć cokolwiek wspólnego.

Rządzący w ubiegłym roku jeszcze usiłowali przejąć nad Marszem kontrolę i jego liczebność zdyskontować, moderując jego radykalizm, więc wystawili na czoło pochodu prezydenta i partyjnych prominentów PiS. Ale kontrolowanie Marszu i narzucenie mu oficjalno-państwowej formuły się nie powiodło, a skojarzenie z hasłami, okrzykami i transparentami, niesionymi i wznoszonymi przez ekstremistów idących tuż za partyjno-państwowymi dostojnikami, uznano najwyraźniej w sztabie PiS za szkodliwe dla ich wizerunku, więc w obecnym roku oficjalnego patronatu i współudziału władz państwowych Marsz nie uzyskał.

Reklama

Także władze kościelne zachowały ostrożny, lecz stanowczy dystans, odmawiając liturgicznej celebry uczestnikom Marszu. Chociaż poszczególni hierarchowie i duchowni dopuszczają opiekę duszpasterską nad kibolsko-nacjonalistycznymi zgromadzeniami, w tym także pod Jasną Górą, lecz najwyraźniej z Marszami Niepodległości nie chcą być kojarzeni. Różaniec owinięty wokół zaciśniętej pięści jak kastet, mający być symbolem graficznym Marszu, a nawet towarzyszące mu modlitewne hasło "miej w opiece naród cały", nie przekonały instytucjonalnego Kościoła do udzielenia duchowego wsparcia uczestnikom tej imprezy, a zapewne wręcz od tego odstręczyły.

Od lat piewcy i obrońcy Marszów Niepodległości snują ckliwe opowieści o zwykłych, normalnych rodzinach, które z małymi dziećmi, niekiedy jeszcze wiezionymi w wózkach i prowadzonymi za rączkę, kroczą w podniosłym nastroju dumy z bycia Polakami. Ale w Białymstoku uchwycono agresywnych uczestników antytęczowych, nacjonalistyczno-kibolskich demonstracji pchających przed sobą wózek z dzieckiem czy kilkuletnich chłopców wykrzykujących ordynarne wyzwiska, jakich zapewne sami nie wymyślili. Udział rodzin i dzieci nie zapewnia więc pozytywnego wizerunku manifestacjom zdominowanym przez agresywnych osiłków spod znaku falangi i celtyckiego krzyża.

To przeciwstawienie: w Marszach Niepodległości - normalność, w Marszach Równości - dewiacje, jest oczywiście narzucane dla zatarcia odpychającego wrażenia, jakie wywołuje widok agresywnego tłumu wykrzykującego groźnie brzmiące hasła. Jakoś poza granicami Polski nikt się nie daje jednak zwieść narracji o radosnym pochodzie zwykłych Polaków manifestujących poczucie narodowej dumy i Marsz jest powszechnie odnotowywany jako manifestacja prawicowego ekstremizmu lub po prostu jako marsz neofaszystów. Tak też zresztą odbierają go członkowie skrajnie prawicowych organizacji z zagranicy, których przedstawiciele chętnie przybywają do Warszawy dla wsparcia swoich polskich pobratymców.

Lewica, oczywiście, nie tylko nie ma z Marszem nic wspólnego, lecz jest głównym adresatem nienawistnych haseł formułowanych przez jego uczestników, a część antyfaszystowskich działaczy próbuje się im przeciwstawić własnym pochodem. Ale lewicowi publicyści uczepili się wątpliwej tezy, że maszerujący są przedstawicielami klasy średniej, co ma odsunąć oskarżenia o radykalizm od klasy ludowej, której admiratorką lewica wciąż się czuje i do reprezentowania której aspiruje.

Tymczasem ani Marsz Niepodległości nie jest manifestacją klasy średniej, ani lewica nie jest reprezentantką klasy ludowej. To w jej elektoracie jest szczególnie wysoki odsetek osób z wyższym wykształceniem mieszkających w największych miastach. Forsowana przez lewicowych agitatorów teza, że w marszach niepodległości dominują ludzie z wyższym wykształceniem jest wysoce wątpliwa, jeśli nie fałszywa.

Badania z 2015 roku, zrealizowane przez Centrum Badań nad Uprzedzeniami, na które lewicowcy się powołują, zostały przeprowadzone na przypadkowo wybranych blisko 300 uczestnikach Marszu, z których większość zdeklarowała wykształcenie średnie (52%), a ok. 30 proc. wyższe. Ale sami organizatorzy badania w swoim raporcie z niego zastrzegają: "prezentowane wyniki należy traktować z ostrożnością. Ze względu na charakterystykę badanej populacji uczestników Marszu nie mieliśmy możliwości pobrania próby losowej ani ustalenia innych procedur zapewniających reprezentatywność próby. Zastosowana procedura pozwoliła na pobranie próby nieprobabilistycznej (dostępnościowej), tym samym niektóre podgrupy spośród uczestników mogą być niedostatecznie reprezentowane". Można się domyślać jakie grupy uczestników Marszu mogły być trudniej dostępne lub mniej chętne do rozmowy z ankieterami.

W każdym razie żadna z poważnych instytucji i organizacji nie chce być z Marszem i jego uczestnikami kojarzona, a niektóre próbują takie skojarzenia przypisać swoim przeciwnikom czy oponentom. Związek z Marszem Niepodległości jest powodem do wstydu. Słusznie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy