Reklama

Reklama

Nasza chata z kraja?

Separując się od zapowiadanej przez Unię Europejską polityki klimatycznej, ekologicznej i energetycznej (Nowego Zielonego Ładu), rząd polski pozbawia się możliwości wpływania na nią i jej współkształtowania. Tymczasem jest w tym obszarze kilka kwestii nieoczywistych, kontrowersyjnych, wymagających przedyskutowania i uzgodnienia na wysokim szczeblu, w oparciu o ważkie argumenty i pogłębione badania.

Pierwsza z nich to przyszłość energetyki jądrowej. To w zasadzie bezemisyjna (neutralna ekologicznie) forma produkcji energii elektrycznej, niewytwarzająca szkodliwych spalin zanieczyszczających środowisko, ani gazów cieplarnianych wpływających na zmiany klimatu. Głównym problemem, jaki stwarza, jest składowanie promieniotwórczych odpadów. Należałoby więc na nim się skoncentrować i przeznaczyć odpowiednie środki na badania prowadzące do rozwiązania tego problemu, co wydaje się jednak łatwiejsze niż utylizacja miliardów ton odpadów innego rodzaju, w tym pochodzących ze spalania paliw kopalnych.

Reklama

Drugi problem podnoszony w związku z energetyką jądrową, to ryzyko awarii. Szczególnie ta z Czarnobyla wzbudziła przed ponad trzydziestu laty masowy strach w Europie. A strach ma zwykle wielkie oczy, więc szerzono niestworzone historie o koszmarnej degeneracji ogromnych połaci wokół Czarnobyla, w tym fauny, flory i ludzi. W większości były to zmyślenia (w dzisiejszej terminologii fake newsy), ale wkraczająca wówczas na polityczną scenę niemiecka partia Zielonych ogłosiła postulat zamknięcia wszystkich elektrowni atomowych w Niemczech. Awaria w Fukuszimie umocniła to stanowisko, które przyjęły w zasadzie wszystkie niemieckie partie polityczne i program zamykania elektrowni atomowych jest tam stopniowo wdrażany.

Tymczasem Francja, tradycyjny partner Niemiec w wyznaczaniu celów i polityk Unii Europejskiej, jest państwem o najwyższym odsetku (75%) energii wytwarzanej w elektrowniach atomowych, a jednocześnie jednej z najniższych emisji CO₂ na jednostkę tej energii (59 g na 1 KWh; dla porównania: Polska 682 g, a Niemcy 382, przy średniej europejskiej 296). Gdybyśmy się aktywnie włączyli w debatę i współkształtowanie polityki klimatyczno-ekologicznej oraz energetycznej Unii Europejskiej, być może wspólnie z Francją zdołalibyśmy się przeciwstawić niemieckiej antyatomowej fobii. Wprawdzie sami nie mamy elektrowni atomowej, ale może taka inwestycja byłaby optymalnym rozwiązaniem problemu dekarbonizacji i redukcji emisji szkodliwych produktów spalania kopalin (przy niestabilności dostaw energii z OZE). Lecz sami pozbawiliśmy się takiej możliwości.

W kwestii energetyki atomowej podzielone i zróżnicowane są nie tylko środowiska polityczne, ale i naukowe (podczas telewizyjnej dyskusji po awarii w Fukuszimie dwóch profesorów fizyki omal nie posunęło się do rękoczynów). Ale trzeba rozmawiać i szukać jakiegoś porozumienia, a nie izolować się i separować od tematu. A tymczasem Francja zapowiada budowę kilku nowych reaktorów atomowych, natomiast Niemcy, likwidujący elektrownie jądrowe, sprowadzają coraz więcej (Nord Stream) gazu ziemnego. To paliwo "czystsze" od innych kopalin, w tym węgla kamiennego, a zwłaszcza brunatnego, ale tego ostatniego w Niemczech wydobywa się i spala nadal bardzo dużo (dostarcza 1/4 energii w tym kraju).

Niedawno ukazał się i odbił szerokim echem raport zalecający masowe zalesianie światowych nieużytków, w celu zwiększenia absorpcji dwutlenku węgla i emisji tlenu. Trwają badania nad ustaleniem i ewentualnym wytwarzaniem w laboratoriach roślin o szczególnie wysokich zdolnościach pochłaniania dwutlenku węgla i wytwarzania tlenu. Jednym z rezultatów tych prac jest tzw. drzewo tlenowe (oxytree), będące krzyżówką dwóch odmian egzotycznych, ale rosnących naturalnie w Azji Wschodniej drzew o nazwie paulownia (p. fortuneip. elongata). Zostało wytworzone w hiszpańskim laboratorium firmy biotechnologicznej i jest sprzedawane w formie sadzonek (w Polsce kosztują 40-50 PLN/sztuka). Rośnie ponoć na dowolnych gruntach i bardzo szybko, a posiada liście o gigantycznej powierzchni, więc także bardzo wydajnej fotosyntezie, czyli pochłanianiu dwutlenku węgla i emitowaniu tlenu. Na dodatek wytwarza nasiona bezpłodne, więc nie jest rośliną inwazyjną (w przeciwieństwie do barszczu Sosnowskiego, sprowadzonego niegdyś do Polski w zupełnie innych celach).

Ale jest wytworem genetycznych modyfikacji, czyli GMO. Tymczasem Greenpeace, organizacja przodująca w skali światowej w walce o ochronę środowiska naturalnego i klimatu, przed laty - z niejasnych i wątpliwych powodów - włączyła się też w walkę z GMO i uparcie ją kontynuuje. Na dodatek drzewo tlenowe, jako produkt GMO, jest opatentowane i sprzedawane przez powołaną do tego korporację. A "korporacja" to dla lewicy, z którą powiązane są główne organizacje ekologiczne, słowo przeklęte.

Zapewne właściwości drzewa tlenowego wymagają dalszych niezależnych badań, najlepiej przeprowadzonych przez kilka renomowanych ośrodków naukowych. Być może nie jest ono ani tak wydajne w produkcji tlenu, ani tak szybko rosnące, ani tak nieinwazyjne jak zapewniają jego producenci i sprzedawcy. Ale warto byłoby to sprawdzić, a nie ulegać antykorporacyjnym uprzedzeniom i fobiom antyGMO. Na razie polskie Ministerstwo Środowiska oraz Państwowa Rada Ochrony Przyrody wydały negatywne opinie o oxytree. Czy to jednak powinno zamknąć sprawę?

Inny przykład kontrowersyjnego tematu: niemieckie samochody, pod ogólną i techniczną nazwą SUV, kryjące potężne spalarnie benzyny i oleju napędowego. Niemcy są z nich dumni, bo ich powszechnie w świecie znane koncerny, sprzedające te motoryzacyjne potwory, to perły w koronie króla eksportu, jakim jest Deutschland AG. Ale nadchodzi kres tych pożeraczy paliw i wytwórni smogu, bo przyszłość należy do nieropopochodnych źródeł napędu. Czy Niemcy, którzy ewidentnie przespali pierwszą fazę rozwoju elektromobilności i prac nad ogniwami wodorowymi (w zamian próbując fałszować wyniki testów spalania silników Diesla), łatwo się pogodzą z zaprzestaniem produkcji swoich równie reprezentacyjnych, co trucicielskich samochodów? Na to też nie będziemy mieli wpływu, a jeśli oni odwrócą się od swoich paliwożernych pojazdów, to zapewne upchną je Polakom, masowo sprowadzającym je do siebie, jak to już czynią od lat z innymi przestarzałymi i wyeksploatowanymi produktami niemieckiej motoryzacji. Czy polski udział w zmniejszaniu emisji spalin samochodowych ma polegać na przenoszeniu tej emisji z Niemiec do Polski?

Jest wiele tematów i kwestii do omówienia (np. podatki na paliwa lotnicze czy regulacje napędu statków morskich, spalających wyjątkowe "brudne" paliwa i emitujących więcej wszelkich trucizn niż samochody), ale trzeba chcieć się w nie włączyć, a nie przekonywać, że nasza (polska) chata z kraja.   

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje