Reklama

Reklama

Na chłopski rozum

W niedawnym konflikcie i kryzysie polityczno-parlamentarnym Polskie Stronnictwo Ludowe i jego prezes Kosiniak-Kamysz usiłowali zająć stanowisko neutralne i dzięki temu pokusić się o zdobycie pozycji arbitra, a więc nadrzędną wobec skonfliktowanych stron. To nie pierwsza próba takiego pozycjonowania tej partii podejmowana przez jej kierownictwo, ale podobnie jak w większości wcześniejszych przypadków - daremna.

W niedawnym konflikcie i kryzysie polityczno-parlamentarnym Polskie Stronnictwo Ludowe i jego prezes Kosiniak-Kamysz usiłowali zająć stanowisko neutralne i dzięki temu pokusić się o zdobycie pozycji arbitra, a więc nadrzędną wobec skonfliktowanych stron. To nie pierwsza próba takiego pozycjonowania tej partii podejmowana przez jej kierownictwo, ale podobnie jak w większości wcześniejszych przypadków - daremna.

W analizach podsumowujących, kto wyszedł z sejmowych awantur zwycięsko lub umocniony, raczej nie wspomina się PSL. Strategia lokowania się jako trzecia siła, pozostająca poza głównym polskim podziałem politycznym, a więc atrakcyjna dla wszystkich, którzy w tym konflikcie nie chcą uczestniczyć i są nim zdegustowani - nie jest zła, nie tylko ze względu na potoczne powiedzonko, że "gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta". Pewne, choć nie przesadnie wielkie zapotrzebowanie na tak usytuowane postacie i ruchy społeczno-polityczne rzeczywiście występuje, czego dowodem wysoka pozycja Pawła Kukiza w wyborach prezydenckich oraz założonej przez niego formacji (a raczej pospolitego ruszenia) w wyborach sejmowych. Ale to nie PSL jest w roli owej trzeciej siły rozważane przez potencjalnych wyborców jako ich ewentualna reprezentacja. 

Reklama

W wyborach prezydenckich kandydat PSL (ktoś jeszcze go pamięta?) otrzymał śladowe poparcie, przegrywając nawet z niesławną Magdaleną Ogórek, a w wyborach parlamentarnych skrzyknięty ad hoc ruch Kukiza dostał znacznie więcej głosów i mandatów niż partia powołująca się na ponad stuletnią tradycję, setki tysięcy członków i potencjalnie wielomilionową rzeszę wyborców zamieszkujących wieś i obszary wiejskie. Ta wiejska lokalizacja jest jedną z przyczyn obecnych perypetii PSL. Wieś została bowiem podbita przez PiS i polska prowincja stała się społecznym zapleczem partii Kaczyńskiego, a miasta i duże ośrodki miejskie pozostały bastionami PO, podgryzanej tam ewentualnie przez Nowoczesną, ale na pewno nie przez PSL. 

Był wprawdzie taki okres, kiedy działacze Stronnictwa uznali zachodzącą w Polsce po 1989 r. modernizację za redukującą ich tradycyjny elektorat i społeczną bazę, z czego wyciągnęli wniosek o potrzebie pozyskania zwolenników w innych środowiskach. Miało to oznaczać poniechanie klasowego profilu partii chłopskiej i przekształcenie jej w ogólnokrajową i ogólnospołeczną formację chadecką  (lub ludową w takim znaczeniu jak hiszpańska - popular). Takie też bodaj były ambicje Janusza Piechocińskiego, podbudowane triumfalnym sukcesem w wyborach samorządowych 2014 r. (24% poparcie). 

Z tych planów na dłuższą metę jednak nic nie wyszło, miast i miejskiego elektoratu podbić się nie udało, a z wiejskiego PSL zaczęło być wypierane. 

Przemiany zachodzące na wsi rzeczywiście oznaczały wyjście poza opłotki, także pod względem politycznym, czyli coraz liczniejsze głosowanie elektoratu wiejskiego na partie ogólnokrajowe, ale PSL taką partią się nie stało, więc na tych procesach straciło. W ostatnich wyborach przegrało na wsi z PiS tak sromotnie, że ledwo zdołało dostać się do Sejmu i nadal w sondażach balansuje na granicy progu wyborczego. Przestała działać stara formuła Waldemara Pawlaka: "najbliższe wybory wygra nasz przyszły koalicjant", bo PiS koalicjantów nie potrzebował, a liberalna opozycja albo się zjednoczy i też koalicjanta potrzebować nie będzie, albo poszuka go na lewicy (tym bardziej, że w kręgach PO i Nowoczesnej dążenie ludowców do neutralności w niedawnym konflikcie zostało odebrane jako złamanie  opozycyjnej lojalności, a więc sygnał by na PSL nie liczyć). 

Złoty okres PSL, gdy z tej partii wywodzili się premier i wicepremierzy, zasnuwa coraz gęstsza mgła niepamięci. Walczyć z PiS ludowcom trudno, bo konkurują o podobny elektorat, a skoro jest on zauroczony partią Kaczyńskiego, to jej otwarte i bezpośrednie atakowanie niekoniecznie musi mu się spodobać. Rywalizując o tych samych wyborców trzeba ich kokietować podobnymi hasłami i obietnicami, a to naraża na zatarcie swojej odrębności i wyrazistości. 

Tymczasem to Jarosław Kaczyński ogłosił siebie spadkobiercą Witosa, a swoją partię kontynuatorką tradycji ruchu ludowego. Najbliższe wybory w przyszłym roku i będą to wybory samorządowe. Kaczyński próbuje już majstrować przy ordynacji, ale chodzi mu raczej o poprawę szans swojej partii i jej kandydatów w miastach i sejmikach wojewódzkich. 

PSL było tradycyjnie silne na poziomie gminnym i powiatowym. To tam rozstrzygnie się przyszłość tej partii. Jeśli utraci pozycje i wpływy w Polsce powiatowo-gminnej, to przestanie się liczyć w skali ogólnopolskiej, mimo desperackich prób utrzymania własnej, osobnej i znaczącej roli politycznej. Może się okazać, że PSL nie jest potrzebne ani lokalnym wyborcom do ich reprezentowania, ani ogólnokrajowym partiom jako koalicjant lub rozjemca.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy