Reklama

Reklama

Jeszcze o mieszkaniach

Rządowy program "mieszkanie+" poniósł kompletne fiasko (w ub. roku oddano w jego ramach do użytku w całej Polsce 867 mieszkań), a działacze lewicy buńczucznie obwieszczają, że potrafiliby zaspokoić potrzeby mieszkaniowe Polaków poprzez budowę tanich lokali na wynajem. Tematyka mieszkaniowa odżywa w publicznej debacie, nie wiadomo który to już raz. Lecz porażka programu PiS ma te same źródła, które z pomysłów lewicy czynią mrzonkę. Oba bowiem ignorowały i ignorują podstawowe cechy polskiego społeczeństwa, które miałoby zostać beneficjentem mieszkaniowych pomysłów, a także sytuację mieszkaniową, w znacznym stopniu odziedziczoną po PRL.

A zatem po kolei.

1. Polacy nie chcą mieszkać w wynajmowanych, czyli cudzych, lecz chcą własnych. To nie jakiś przymus czy rynkowy dyktat, że w Polsce dominują lokale własnościowe, gdy w innych krajach większość lub znaczna część społeczeństwa mieszka w wynajmowanych. Największy odsetek obywateli wynajmujących mieszkania mają Niemcy, Austria, Szwajcaria i Dania. Czy to społeczeństwa biedaków, których nie stać na własne? Oczywiście nie. Decydują czynniki kulturowe. To społeczeństwa mieszczańskie, a elementem kultury mieszczańskiej są kamienice z lokalami na wynajem. W Polsce dominuje kultura chłopska, a na wsi w cudzych domach mieszkają tylko parobkowie, prawdziwy gospodarz ma swój własny. Taka mentalność została przeniesiona do miast. Do tego dochodzi ukształtowana w PRL i do dziś żywa niechęć do kultury mieszczańskiej (burżuazyjnej) sprawiająca, że wynajmowanie mieszkania od kogoś obcego jest uważane za poddanie się wyzyskowi, nabijanie kabzy właścicielowi, gdy za porównywalne kwoty można spłacać raty za kredyt hipoteczny pozwalający mieszkać na swoim. Dlatego większość beneficjentów wątłych programów mieszkaniowych (np. TBS) pyta, jak można dojść do własności wynajmowanego lokalu.

Reklama

2. Tanich, niskostandardowych mieszkań jest w Polsce nadmiar. W tak wychwalanych przez młodą lewicę czasach PRL pobudowano rzeczywiście sporo wielkopłytowych blokowisk o substandardowych lokalach na osiedlach z wielkiej płyty w stylu "późny barak". Cała Polska jest tym zapaskudzona. Taniochy mieszkaniowej więc nie brakuje, tyle że wciąż zajmują ją w znacznej części lokatorzy o nienajgorszych dochodach i zasobach. Aby te liche mieszkania się zwolniły na potrzeby biedniejszych, ich bogacący się dotychczasowi użytkownicy muszą się przenieść do nowych, wysokostandardowych, w typie apartamentowym. Trzeba więc budować jak najwięcej mieszkań o wysokim standardzie, a nie powiększać zasobów mieszkaniowej tandety.

3. Jeśli tanie, to ktoś musi dopłacać. Jeżeli mieszkania na wynajem miałyby być pełnostandardowe, to ktoś musiałby dopłacić nie tylko do ich budowy, ale i do późniejszego utrzymania. Najczęściej wskazuje się na władze lokalne, czyli gminne. Te jednak słusznie się przed tym bronią, bo im więcej wzniosą mieszkań o czynszach niepokrywających kosztów budowy i eksploatacji, tym więcej będą musiały do nich dopłacać. Chyba, że byłyby to budynki tanie w budowie i eksploatacji, a wówczas powiększyłyby i tak duże zasoby mieszkaniowej tandety (patrz pkt 2).

W PRL rozwiązano tę sprzeczność po prostu osadzając przymusowo lokatorów w prywatnych kamienicach (tzw. szczególny tryb najmu, inaczej "kwaterunek"). Efektem była rujnacja całych kwartałów zabytkowej często zabudowy w centrach miast. Oraz obecne awantury wszczynane przez lewicowych aktywistów, gdy właściciele tych kamienic usiłują niechcianych lokatorów się pozbyć lub wyegzekwować od nich realne czynsze.

4. Miasta potrzebują bogatych, a nie biednych mieszkańców. Wznoszenie dużej ilości tanich mieszkań na wynajem (zakładając, że znajdą się chętni by do nich dopłacać - patrz pkt 3) ściągnie wielu chętnych, bo gdy rozdawane jest coś za pół darmo, to popyt rośnie. Lewicowi doktrynerzy na dodatek zarzekają się, że miałyby to być budynki w dobrych lokalizacjach, a nie gdzieś na peryferiach. Czyli centra miast miałyby zostać zaludnione biedotą. Ciekawe co na to władze, a przede wszystkim mieszkańcy tych miast. Taki model występuje w wielu miastach amerykańskich (centrum opanowane przez biedotę, bogatsi mieszkają we własnych domach na przedmieściach), ale nie jest specjalnie wart naśladowania. Włodarze miast pragnący ich rozwoju powinni tworzyć warunki do osiedlania się w nich klasy kreatywnej, a nie biedoty.

5. Bogaci nie będą mieszkać z biednymi. Ci lewicowi doktrynerzy, którzy słusznie nie wierzą, że mieszkania może budować jakieś "państwo" czy "władze publiczne", lansują pomysł współpracy z tymi, którzy na budowie mieszkań się najlepiej znają, czyli deweloperami. Mieliby oni dostawać jakieś bonusy (np. grunty o obniżonej cenie lub ulgi podatkowe) w zamian za przeznaczanie części budowanych przez siebie mieszkań na tani wynajem. To mrzonka. Gdy tylko potencjalni nabywcy mieszkań po 10 czy więcej tysięcy za metr kwadratowy dowiedzą się, że będą mieć za sąsiadów lokatorów "socjalnych", szybko zrezygnują z transakcji lub zażądają radykalnej obniżki ceny. Wizja apartamentowców z lokatorami socjalnymi (czyli tzw. mix socjalny) jest kolejną lewicową mrzonką.

Dochodzą do tego jeszcze pytania jak (na podstawie jakich kryteriów) przydzielać owe tanie mieszkania, eksmitować lokatorów niepłacących czynszów lub dewastujących lokale, albo takich, którzy się wzbogacili i nie zasługują na dopłacanie im do mieszkania oraz wiele innych problemów dystrybucyjno-eksploatacyjno-eksmisyjnych.

W III RP zbudowano ponad 3 miliony nowych mieszkań (w ub. roku 207 tysięcy) bez dętych programów taniego budownictwa na wynajem. Deweloperzy pracują pełną parą (w budowie jest obecnie prawie 240 tys. mieszkań). Lepiej im tej pracy nie zakłócać bałamutnymi pomysłami i dętymi programami. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje