Reklama

Reklama

Jestem z miasta

Kilkaset lat temu ukuto powiedzonko "miejskie powietrze czyni wolnym". Było to w czasach panowania na wsi feudalizmu, kiedy przekroczenie miejskich bram i schowanie się za miejskimi murami uwalniało od pańszczyzny, ale także nadzoru wiejskiego proboszcza i wścibstwa folwarcznych sąsiadów. W mieście oddychało się powietrzem nie tak czystym jak na wsi, ale za to swobodnie.

Kilkaset lat temu ukuto powiedzonko "miejskie powietrze czyni wolnym". Było to w czasach panowania na wsi feudalizmu, kiedy przekroczenie miejskich bram i schowanie się za miejskimi murami uwalniało od pańszczyzny, ale także nadzoru wiejskiego proboszcza i wścibstwa folwarcznych sąsiadów. W mieście oddychało się powietrzem nie tak czystym jak na wsi, ale za to swobodnie.

Historycy i antropolodzy dodają, że miasta zawsze były wielokulturowe, bo zasiedlali je przybysze z różnych stron świata, o różnych wzorach kultury i obyczajach. W przeciwieństwie do wsi, która była przeważnie homogeniczna, bo zasiedziała. Kto pragnie homogenicznej Polski, ten chciałby, aby była wielką wsią.

Socjologowie miasta wskazują na kulturotwórczą i cywilizacyjną rolę ośrodków i społeczności miejskich (od Babilonu, Aten, Rzymu, Jerozolimy itd.). Swobodna aktywność w wielokulturowym otoczeniu, tworzącym liczne źródła inspiracji, pobudzała do rozmaitych form aktywności, w tym innowacyjnych, kreatywnych, odkrywczych. Amerykanin Richard Florida jest autorem koncepcji klasy kreatywnej - twórczych i innowacyjnych mieszkańców miast, w których gromadzi się kapitał kreatywny, wytwarzany i pomnażany w zróżnicowanym, tolerancyjnym, nonkonformistycznym, kontestatorskim środowisku, sprzyjającym przełamywaniu schematów i zastygłych wzorów. Niektóre polskie ośrodki miejskie przybliżają się do tego wzorca i rozkwitają.

Reklama

Teoretycy modelowania procesów rozwojowych operują teorią bąbli innowacyjności (jej współtwórcą jest psycholog prof. Andrzej Nowak). Wykazują one, że rozwój dokonuje się w oparciu o odkrywcze dokonania w pojedynczych, silnych ośrodkach, centrach innowacyjności ("bąble nowego w morzu starego"), a dopiero potem rozprzestrzenia się na otoczenie. Jedną z aplikacji tej teorii jest model polaryzacyjno-dyfuzyjny, zakładający promowanie najsilniejszych ośrodków metropolitarnych, gdzie powstają nowe idee, pomysły, wzory aktywności i kultury, później rozchodzące się po całym kraju. Prezes rządzącej partii zwalcza ten model zawzięcie, rozpowiadając o możliwościach tworzenia wzorcowych ośrodków rozwoju na zacofanym Podkarpaciu (najniższy w Polsce produkt krajowy brutto na mieszkańca, obok Lubelszczyzny).

Ekonomiści wskazują, że ogromna część bogactwa kraju, mierzonego jego produktem brutto, pochodzi z kilku największych miast. Pierwszych 10 wytwarza ok. połowy całego polskiego PKB (Warszawa prawie 20 proc.). Zatem wiele z tego, co wytwarzane jest w miastach, spożytkowywane jest na nieproduktywnej wsi (udział całego rolnictwa w polskim PKB to ok. 2,5 proc.). Nic dziwnego, że mieszkańcy wsi głosują na tych, którzy obiecują im rozdawanie tego, co wytwarzają mieszkańcy miast, a ci z kolei wybierają tych, którzy ich przed tamtymi bronią. Chodzi jednak nie tylko o obronę przed ogałacaniem materialnym, ale przede wszystkim przed deprywacją kulturową, zwalczaniem wszelkiego nowatorstwa i narzucaniem archaicznych wzorów obyczajowych i mentalnych. W niektórych środowiskach używa się wobec tego zagrożenia dosadnego sformułowania "nie róbcie nam tu wiochy".

Większość współczesnych Polaków wywodzi się ze wsi. To jednak nie znaczy, że mają kultywować zacofaną mentalność zaściankowych prowincjuszy. Podobnie jak stąd, że większość naszych przodków kilka pokoleń wstecz była niepiśmienna, nie wynika, że mamy być analfabetami. Odwiedźmy ich groby na wiejskich cmentarzach, ale nie naśladujmy ich wzorów życia. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy