Reklama

Reklama

Granice walki politycznej

Konkurencja i rywalizacja różnych sił politycznych należy do istoty demokracji. Jeśli ten system jest stabilny i funkcjonuje harmonijnie (fachowcy nazywają go wtedy skonsolidowanym), zmagania te mają charakter merytoryczny, czyli dotyczą koncepcji, programów, doktryn politycznych. Stawką jest uzyskanie lub utrzymanie władzy, czyli możliwości realizacji swoich pomysłów, a dla przegranych jej utrata lub pozbawienie szans na zdobycie. Przekazanie zaś owej władzy odbywa się bezkonfliktowo i ceremonialnie.

Objawem szwankowania systemu politycznego jest wprowadzanie przez uczestników rywalizacji elementów moralistycznych. Usiłują przekonywać wówczas, że jest ona konfrontacją dobra ze złem, a nie tylko politycznych programów. Choć liberalizm nie jest zły, a konserwatyzm dobry, socjaldemokracja nie reprezentuje piekła, a chadecja nieba, niektórzy twierdzą, że tak właśnie jest. Siebie obsadzając oczywiście w roli strażników i obrońców dobra, a przeciwników oskarżając o reprezentowanie i szerzenie zła.

Reklama

Szkopuł w tym, że moralizujący politycy są na ogół właśnie draniami, łajdakami, łotrami. Odwracają więc uwagę od swojej podłości, zarzucając ją krytykom ich bezeceństw. Symbolem może być prokurator stanu wojennego krzyczący z sejmowej trybuny "precz z komuną", albo starzy kawalerowie, rozwodnicy i bywalcy agencji towarzyskich zarzucający opozycji dążenie do deprawacji i niszczenia polskich rodzin. Ponieważ mienią się obrońcami i propagatorami dobra, więc w jego imieniu bezczelnie łamią procedury.

Nie bez znaczenia powinno być, że takie interpretowanie naturalnej rywalizacji w kategoriach walki dobra ze złem to forma manicheizmu, czyli doktryny potępionej przez Kościół katolicki jako herezja. Ale, jak wiadomo, ostentacyjni katolicy mają mało wspólnego z przesłaniem ewangelicznym (notorycznie łamiący przykazania Dekalogu obwiniają swoich krytyków o walkę z religią).

System szwankuje jeszcze bardziej, gdy rywale usiłują wyeliminować konkurentów na dłużej, poprzez wsadzenie ich do więzień lub przynajmniej uzyskanie dla nich wyroków skazujących, najlepiej pozbawiających praw publicznych. Także w tym przypadku szczególnie aktywni są ci, którzy sami mają na koncie wyroki lub na sumieniu malwersacje, oszustwa, przekręty. Tak więc skazany przez sąd funkcjonariusz staje na czele służb specjalnych (bo prezydent go bezprawnie ułaskawił), właściciel pokojów na godziny zostaje szefem Najwyższej Izby Kontroli, notoryczny (skazany dwukrotnie) oszczerca i kłamca jest premierem, a aparat władzy przez nich nadzorowanej i kontrolowanej stale szuka pretekstów do oskarżenia działaczy opozycyjnych o jakiekolwiek przestępstwo. Niegdysiejszy agent Tomek, uczestniczący w takich operacjach, ujawnił te zamiary i metody.

To nie jest tylko polska przypadłość. W Turcji czy Białorusi opozycyjni działacze i dziennikarze regularnie trafiają do więzień, nawet w USA podczas wieców wyborczych ówczesnego kandydata (i malwersanta podatkowego) wzywano do zamknięcia jego rywalki w więzieniu ("Lock her up!" było jednym z popularniejszych haseł jego zwolenników).

Praktyki takie były dość powszechne w czasach II RP, gdy po zbrojnym przejęciu władzy ekipa sanacyjna posyłała przeciwników do więzień, a nawet specjalnie w tym celu utworzonego obozu koncentracyjnego. Oczywiście w PRL niemal każda działalność opozycyjna prowadziła do więzienia.

Najwyższym stopniem patologii systemu politycznego jest eliminacja konkurentów na stałe, czyli ich uśmiercanie. To metoda stosowana obecnie przez władze Rosji, wykańczające rywali i wrogów przy pomocy trucizny (szczególnie tej znanej pod nazwą "nowiczok"). To są standardy spoza cywilizowanego świata lub z czasów zamierzchłych (tak wyglądały walki o władzę w cesarskim Rzymie i średniowiecznych monarchiach dynastycznych).

Niektórzy zarzucają Tuskowi, że jako premier nie dopilnował posłania do więzienia Ziobry, który teraz bezkarnie eskaluje szykany i represje wobec konkurentów i krytyków jego autorytarnych poczynań. Ale ówczesny premier chciał zachować standardy skonsolidowanej demokracji, w której wygrana wyborcza nie oznacza penalizacji konkurentów. Niestety, ci nie są tacy akuratni i nie wahają się używać wszelkich form represji wobec swoich krytyków, w tym także samego Tuska, a przynajmniej jego najbliższego otoczenia.

Szef SLD ujawnił jakiś czas temu, że jeden z wysoko postawionych polityków PiS ponoć powiedział mu: "Albo będziemy rządzili, albo będziemy siedzieć". Taka alternatywa w praworządnym i skonsolidowanym systemie demokratycznym nie tylko byłaby fałszywa, ale nawet nie mogłaby się pojawić, bo w takim systemie rządzący przestrzegają prawa, a ich konkurenci nie myślą o ich eliminacji poprzez penalizację.

To są uwagi sformułowane przy okazji zatrzymania Romana Giertycha. Spróbujmy mieć nadzieję, że opresyjna władza nie usiłuje się go pozbyć na zawsze i definitywnie. Ale metody jakimi się posługuje i tak świadczą o degeneracji systemu politycznego przez nich dokonywanej.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje