Reklama

Reklama

Gowin i inni

​Projekt zmian w systemie szkolnictwa wyższego i nauki, przedstawiony przez Jarosława Gowina, przyjmuje cele i zamierzenia sprzeczne z doktryną, programem i strategią polityczną PiS, dlatego wywołuje w obozie rządzącym niechęć i głosy sprzeciwu. Jego intencją jest podniesienie poziomu polskiej nauki poprzez wzmocnienie jej wiodących ośrodków, aby mogły odgrywać znaczniejszą rolę w światowym obiegu intelektualnym. Innymi słowy, chodzi o umocnienie elitarnych uniwersytetów i instytutów oraz związanych z nimi środowisk naukowych.

Tymczasem strategia polityczna PiS jest oparta na antyelitaryzmie, walce z obecnymi elitami i woli zastąpienia ich własnymi, wyłonionymi ze środowisk czujących się dotychczas zepchniętymi w hierarchii i upośledzonymi w społecznej strukturze. Gowin chce wzmocnić istniejące elity i hierarchie, PiS zamierza je obalić i wymienić na nowe. Te stare są na ogół antypisowskie, te nowe mają być wykreowane spośród admiratorów "dobrej zmiany", których niewielu w wiodących uniwersytetach i instytutach. Ponadto najważniejsze i najbardziej liczące się placówki naukowe i akademickie sytuują się w największych miastach leżących na zachód od Wisły, w których poparcie dla PiS jest mniejsze niż na prowincji we wschodnich regionach, gdzie życie intelektualne i naukowe jest słabsze. Ale to właśnie tam pisowska profesura dorabia sobie (złośliwcy powiedzą: chałturzy) w trzeciorzędnych szkołach wyższych tylko z nazwy.

Reklama

Zarówno polityczne, jak i osobiste interesy wielu działaczy i aktywistów PiS są więc zagrożone projektowanymi zmianami lekceważącymi, a nawet dyskryminującymi prowincjonalne uczelnie ze ściany wschodniej, czyli społeczno-politycznego zaplecza PiS. Niezmiernie ciekawe będzie więc finalne rozstrzygnięcie konfliktu pomiędzy Gowinem, usiłującym przekonać do swojego projektu intelektualno-naukowe elity, a politycznymi graczami z PiS, dbającymi o swoje antyelitarnie nastawione (przez nich samych) zaplecze społeczne. Zapewne ostatnie zdanie będzie tradycyjnie należeć do prezesa, a ten wcześniej Gowina poparł, lecz obecnie słabuje i nie wiadomo jak skrupulatnie swoją partię kontroluje oraz, jak rozpoznaje jej aktualne i przyszłe interesy. Byłoby czymś w każdym razie zaskakującym gdyby to elitarne z istoty szkolnictwo wyższe i nauka stały się osią głównego konfliktu w antyelitarnym PiS, zwłaszcza gdy nie-PiS jest w tej sprawie niejednomyślny.

Inną sprawą jest, czy projekt Gowina ma sens i rzeczywiście przyczyniłby się do podniesienia poziomu polskiej nauki i szkolnictwa wyższego. Krótko to ujmując: nie bardzo. A już zwłaszcza w sytuacji, gdy niektóre poczynania rządzącej ekipy zmierzają do ograniczenia swobody badań naukowych. Polska z oczywistych powodów może być i w ostatnich latach powoli stawała się czołowym ośrodkiem badań nad Holocaustem. Ekipa PiS usiłuje te badania sabotować, a osiągnięcia polskich naukowców na tym polu dezawuować, samych zaś naukowców szykanować.

Dla podniesienia jakości kształcenia wyższego więcej niż całościowy projekt (nazywany szumnie "konstytucją dla nauki") uczyniła pozornie drobna zmiana wprowadzona już przez ministra Gowina (niektórzy nazywają to "algorytmem Gowina"), zrywająca z regułą "pieniądze idą za studentem", która prowadziła do przyjmowania jak największej liczby kandydatów na studia, a uzależniająca ją od zachowania odpowiedniej proporcji liczby studentów i pracowników naukowych. Natomiast ocena jakości twórczości naukowej to problem trudno poddający się sformalizowaniu i słabo zależny od struktury organizacyjnej uczelni wyższych, na której projekt Gowina się skupia. Nie mówiąc o tym, że bez pieniędzy trudno wyrobników nauki zmobilizować do bardziej intensywnej i kreatywnej pracy, co stanowi główny cel projektu Gowina.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy