Reklama

Reklama

Jarosław Kuisz: Donald Trump bez zębów

"Czy nie można w końcu uciszyć tego człowieka, który nas tak denerwuje?" - od czterech lat miliony ludzi w Ameryce zadawały sobie to pytanie. W tym czasie inne miliony stwierdzały: "Nareszcie ktoś głośno mówi, co czuję! Co za gość, kocham go!".

Od kilku dni Donald Trump nie może przekazywać wiadomości za pośrednictwem ani Twittera, ani Facebooka. Ustępujący prezydent chwilowo prezentuje się jak bulterier bez zębów. Demokraci postanowili uruchomić przeciwko niemu procedurę impeachment po raz drugi. Dyskusję o szturmie tłumu na Kapitol zaś w tej chwili przesłoniła stara debata na temat cenzurowania treści w Internecie.

Reklama

Po 4 latach można powiedzieć jasno, że Trump sztukę posługiwania się nowymi mediami doprowadził do mistrzostwa. Dzięki nim zdobył władzę. Dzięki nim ograniczył wpływy starych mass mediów. Dzięki nim w dużej mierze próbował się przy niej utrzymać. Kiedyś Napoleon miał powiedzieć, że "trzy wrogie gazety są groźniejsze od tysiąca bagnetów".

Trump udowodnił, że w dobie Twittera i FB trzy wrogie telewizje są mu niestraszne. A jednak pozbawienie go cyfrowych narzędzi jest tylko połowicznym rozwiązaniem.

W styczniu 2021 roku pod znakiem zapytania stanęła bowiem nie tylko dalsza kariera ustępującego prezydenta. Teraz chodzi także o zagospodarowanie realnych emocji społecznych milionów amerykańskich obywateli, przekonanych o tym, że to oni bronią demokracji i wyborów. Co więcej, wyborcy Trumpa, przyzwyczajeni do zastrzyku politycznej dopaminy, nie udadzą się po 20 stycznia na przymusowy odwyk. Nie przestaną, oczekując ulubionego bodźca, wpatrywać się w małe i duże ekrany.

Politycy się łudzą na różne sposoby, ale rynek to wie. Nie bez powodu akcje Twittera z marszu poleciały w dół. Już teraz na gwałt zaczęło się szukanie innych platform cyfrowych, które będą gotowe zaspokoić potrzeby wyborców Trumpa. Z tego punktu widzenia, blokowanie serwisu "Parler" przez Google, Amazon i Apple to raczej chwilowa trudność niż rozwiązanie problemu. Nagle miliony ludzi usłyszały o platformie Gab, konkurencyjna wobec Twittera.

Nawet ustępujący prezydent rzucił kiedyś uwagę o możliwości powołania do życia własnego medium. Jeśli nie teraz, to kiedy?

Zobacz też: Tajemnicza wiadomość o końcu kadencji Donalda Trumpa

Medialne kły mogą odrosnąć

Bulterierowi zęby mogą szybko odrosnąć. Trudności, z którymi zacznie mierzyć się Joe Biden, są kolosalne w kraju i za granicą. Wielu demokratów ma tego świadomość. Stąd próby przykładnego ukarania Trumpa, stąd impeachment nr 2, stąd wertowanie przepisów prawa karnego, by ukarać go za zachęcanie do marszu na Kapitol.

Czy to rozwiąże problem? Niestety, nie sądzę. Ustępujący prezydent z dowolnej procedury może uczynić spektakl, przy którym sławny proces O. J. Simpsona jawi się jak zabawa przedszkolaków. Klasyk, Marshall McLuhan, słusznie napisał: "The medium is the message". Rozrywkowo-polityczny styl Trumpa ściśle wiąże się z rozwojem środków masowego przekazu. Tu nie ma powrotu do poprzednich epok medialnych, a pandemia COVID-19 wyłącznie przyśpieszyła ten proces.

Otóż w XXI wieku najważniejszą faktyczną zmianą ustrojową - podkreślam: ustrojową - jest przesunięcie się części realnej władzy z instytucji państwowych i "czwartej władzy" do mediów społecznościowych.

Zjawisko ma charakter globalny i strukturalny. Pojedyncze osoby mogą zżymać się na ten proces, ostatecznie jednak co najwyżej grają rolę w spektaklu, który je zwyczajnie przerasta. Jedni surfują na tej zmianie, jak Trump, inni częściowo się jeszcze opierają.

A cyfrowa metamorfoza ustrojowa i jej konsekwencje dotykają wszystkich pospołu. Właśnie dlatego, z jednej strony, reżimy autorytarne próbują wydrzeć tę władzę z sieci z powrotem do realu lub - "nowocześniej" - poprzez jej zamulenie propagandą i "fake newsami". I właśnie, dlatego, z drugiej zaś strony, dopóki nie nastąpi sensowna fuzja starych instytucji z nowymi mediami - liberalna demokracja w USA i gdzie indziej będzie dalej przeżywać ostre turbulencje. Proszę sobie przypomnieć, zdewastowany przez "żółte kamizelki", Łuk Triumfalny w Paryżu.

Co z tego dla nas wynika?

W zasadzie wniosek jest jeden: liberalną demokrację mogą uzdrowić eksperymenty ustrojowe, których tak się obawiamy, a w których nareszcie weźmie się na serio nowe technologie. Wówczas część realnej władzy ma szansę nie tyle powrócić z mediów społecznościowych do ciał reprezentujących, jak parlamenty, ile współżyć z nimi w sposób, który proceduralnie będzie wiarygodny dla obywateli.

Gorące emocje muszą znów wrócić do izb parlamentów. W przeciwnym razie władzy jeszcze częściej obywatele będą szukać na ulicach. Ani zamknięcie twitterowego, ani facebookowego konta Trumpa niczego na dłuższą metę nie rozwiązuje. Debaty o cenzurze są wątkiem pobocznym. Choć, nie mam wątpliwości, że doraźnie odcięcie od social mediów - za nawoływanie do przemocy zwieńczone śmiercią ludzi - to najmniejszy wymiar kary. W istocie to, co się stało w ubiegłym tygodniu, nie powinno ujść Trumpowi płazem. 

Tyle, że wyborcy ze swoimi cyfrowymi potrzebami i nawykami z czasu Trumpa, pozostaną. Jeśli on nie wróci, to szybko pojawi się ktoś inny. A kandydatów są miliony.

***

Jarosław Kuisz - "Kultura Liberalna", Uniwersytet Warszawski. Wydał ostatnio książki: "Koniec pokoleń podległości" oraz "Propaganda bezprawia".

Zobacz też: Ból polskiego Brexitu

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje