Reklama

Reklama

Wyjść z ringu, usiąść do szachownicy

Ja wiem, że oni wiedzą, że my wiemy, że oni wiedzą, że my wiemy, że to tylko na pokaz i na chwilę. Mimo to apeluję o potraktowanie owego chwilowego wrażenia przerwy w epoce lodowcowej, a może nawet lokalnego parlamentarnego ocieplenia, śmiertelnie poważnie i wykorzystanie go do przejściowego szantażu polityków. No przecież zapowiadaliście inaczej... Jeśli obie strony uznały, że początek nowej kadencji parlamentu w obliczu nadciągającej wielkimi krokami kampanii prezydenckiej jest okazją do nowego otwarcia, pokazania uprzejmiejszego oblicza, idźmy w to, jak w dym. Wszystkim nam się to przyda.

Ja wiem, że my wiemy, że za chwilę ktoś nie wytrzyma, coś chlapnie, powie: a nie mówiłem, pokaże palcem: to oni. Ignorujmy to przez jakiś czas, zobaczmy, co z tego wyniknie. Wymagajmy od siebie i od polityków nieco wyższych standardów debaty publicznej, nieco wyższych standardów obradowania i - owszem - sporów. Możemy to spokojnie zrobić, bo przecież każdy z nas wie, że NASI są OK, a więcej wymagać trzeba od NICH. Jedni z nas zażądają poprawy zachowania od rządzących, drudzy od opozycji, może taki stan nowego otwarcia utrzyma się dłużej niż przez chwilę. Nie, nie wierzę, że dotrwa do wyborów prezydenckich, może nawet nie do Nowego Roku, ale każda chwila podczas której cepy pozostają w odstawce, może nam się na tyle spodobać, że nie będziemy chcieli się z nią rozstać.

Reklama

Nie ma tu oczywiście mowy o wygaszeniu toczącego nas konfliktu, chodzi raczej o próbę ucywilizowania go, otwarcia drogi jeśli nie do parlamentarnego współdziałania, to choćby do parlamentarnego współistnienia. Potrzebują go Sejm i Senat, potrzebuje debata publiczna, potrzebujemy go my także prywatnie, poobrażani czasem nieproporcjonalnie mocno. By cokolwiek się zmieniło potrzebny jest równoczesny ruch z obu stron w kierunku centrum, nawet o parę kroków. Nie zgodzimy się jeszcze długo, może nawet nigdy, co do tego, kto bardziej naciągnął strunę naszych nieporozumień, ale warto wykorzystać najmniejszy pretekst, najmniejszą okazję, najmniejszy nawet okolicznościowy rozejm w okopach, by je zmniejszyć. Tym bardziej, że z pełną odpowiedzialnością możemy powiedzieć, że obecna sytuacja w parlamencie została wykreowana wolą Suwerena i to Suweren doprecyzuje ją swoją decyzją w wyborach prezydenckich. Wszystko jest więc zgodnie z zasadami.

Zgadzam się z opiniami, że Prawu i Sprawiedliwości będzie teraz trudniej rządzić. Z wielu względów, nie tylko związanych z utratą kontroli nad Senatem. Do wyborów prezydenckich nie może choćby stawiać Andrzeja Dudy w sytuacji ostrego konfliktu, bo to wśród umiarkowanych wyborców musi poszukiwać dla niego owych 50 proc. plus. Nieco urosły w siłę skrzydła Zjednoczonej Prawicy i choć nie wątpię, że wiedzą, komu zawdzięczają możliwość realizacji choć części swoich politycznych zamierzeń, to przecież pokusy walki o więcej są oczywiste. Partie rządzące w razie problemów z przeforsowaniem swoich pomysłów będą musiały się też zderzyć z pytaniami: czemu nie zrobiliście tego wcześniej? I nie będą to pytania całkiem nieuzasadnione.

Z drugiej strony opozycja też będzie miała nieco mniej wygodną pozycję. Jeśli będzie w Senacie wszystko blokować, a przecież PiS może na najbliższe miesiące podrzucić jej bardziej koncyliacyjne projekty, potwierdzi, że nie przestała być totalna. Jeśli będzie ustawy z Sejmu przyjmować, narazi się na krytykę z własnego obozu. Każdy ewentualny przechył, w jedną lub drugą stronę, będzie zmniejszał jej szanse w starciu z Andrzejem Dudą. Wypadałoby jej iść - jak to mawiał pewien były prezydent - "środkiem polskiej drogi", opozycja jednak zapomniała już jak się to robi. Przez ostatnie cztery lata w swej totalnej postaci nie musiała niczego ważyć i dzielić na czworo, wystarczyło, że była przeciw. Teraz to powinno się zmienić. Nie tylko w interesie Polski, w jej samej interesie także.

Tak naprawdę od dawna można było przypuszczać, że pełna ocena wyborów 2019 roku, zarówno europejskich, jak i parlamentarnych, będzie możliwa dopiero po wyborach prezydenckich. Teraz widać to tylko jeszcze bardziej wyraźnie. Jeśli Andrzej Duda pozostanie w Pałacu Prezydenckim "dobra zmiana" przetrwa i jeszcze potrwa, jeśli przegra, rządy Zjednoczonej Prawicy mogą się szybko załamać.

Praktycznie wszystko, co się do maja wydarzy będzie miało w tej układance znaczenie. Proszę bardzo, niech więc konkurenci prześcigają się w argumentach, nie inwektywach. W tych warunkach mobilizacja wyborców obu stron i tak raczej nie powinna być problemem, niech więc spróbują o dwóch wizjach rozwoju Polski podyskutować, zamiast się kłócić. Bo chyba nie mamy wątpliwości, że naprawdę o dwie - konkurencyjne, a może nawet sprzeczne - wizje tu chodzi. Czy PiS da radę zerwać blokujące nas, postkomunistyczne układy, choćby w sądownictwie? Czy opozycja przekona społeczeństwo, że to jednak fundamenty wolnej Polski, które trzeba zachować? Panie, Panowie, zapraszamy do szachownicy...

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy