Reklama

Reklama

Wybory, wybory i po... Tusku?

Przeciwnicy Donalda Tuska o tym, że swoje interesy przedkłada nad interes Polski wiedzieli już od dawna. Dlatego między innymi popierali decyzję, by sprzeciwić się przedłużeniu jego kadencji na stanowisku szefa Rady Europejskiej, nawet jeśli polski rząd miał przegrać głosowanie 1:27. Miłośnicy Donalda Tuska o tym, że własny interes przedkłada nad dobro swojego środowiska politycznego, przekonują się ostatecznie teraz. Ich ulubieniec w wyborach prezydenckich 2020 roku kandydować nie będzie. Muszą się z tym jakoś pogodzić.

Ja wiem, że zapowiedzi Tuska, co do jego przyszłości politycznej nie są przesadnie wiarygodne i żadnego nagłego zwrotu akcji jeszcze nie wykluczam. Były premier może też przecież liczyć, że większą szansę na prezydenturę będzie miał przy okazji którychś kolejnych wyborów. Osobiście jednak obstawiam, że jeśli tylko nie poczuje się osobiście zagrożony realnymi rozliczeniami jego rządów, nie będzie się oficjalnie wystawiał na ocenę wyborców. Do niczego nie jest mu to już potrzebne. Jego możliwości wpływania na bieżące losy Platformy Obywatelskiej spadną, co tej partii akurat wyjdzie na zdrowie, możliwości działań w polskiej sprawie na arenie międzynarodowej utrzyma, co naszemu krajowi nic dobrego nie wróży. Niestety.   

Reklama

Sama decyzja byłego premiera jest racjonalna, każdy kto chciałby na niego osobiście zagłosować i tak kandydata Platformy Obywatelskiej poprze. Dowolnego. A mogą innego kandydata, czy kandydatkę poprzeć także ci, którzy na Donalda Tuska nie zagłosowaliby już nigdy w życiu. Czy to oznacza, że prezydent Andrzej Duda ma już prezydenturę w kieszeni, jak twierdzi Leszek Miller, czy raczej będzie się musiał o nią jeszcze bardziej postarać, jak przekonuje Aleksander Kwaśniewski? Mam wrażenie, że... nie ma to większego znaczenia. Donald Tusk w praktyce miał szanse przyciągnąć i odepchnąć mniej więcej porównywalne liczebnie grupy wyborców. Można się natomiast spodziewać, że kampania prezydencka będzie teraz nieco mniej emocjonalna. Tyle, że ze swej strony Prawo i Sprawiedliwość, za sprawą nominacji do Trybunału Konstytucyjnego, mocno dołożyło do pieca.   

Jarosław Kaczyński najwyraźniej zdecydował, że jeśli Zjednoczona Prawica ma faktycznie dokonać w Polsce istotnych zmian, musi to zrobić właśnie teraz, bo następnej kadencji może już nie być. Czy to refleksja po względnie dobrym wyniku Konfederacji, czy objaw wsłuchania się w głosy wyborców, którzy chcieli mniej propagandy, a więcej konkretnych działań dla naprawy państwa, pozostaje do ustalenia, wygląda jednak na to, że z dwóch opcji: poluzować albo podostrzyć, prezes PiS wybrał opcję podostrzenia.   

Czy to wpłynie na wyścig prezydencki już bez Donalda Tuska? Moim zdaniem, nie będzie całkiem bez znaczenia. O ile starcie Duda - Tusk samo w sobie byłoby tak ostre, że dodatkowe okoliczności nie miałyby okazji do świadomości wyborców przeniknąć, subtelniejsza kampania będzie na takie czynniki wrażliwa. I PiS postawił Andrzeja Dudę przed poważnym dylematem. Jeśli dwie z tych nominacji zostaną utrzymane i przegłosowane, a on ich przysięgę odbierze, będzie mu to mocno w kampanii wypominane. I powiedzmy sobie szczerze, wskazanie do TK Krystyny Pawłowicz, a szczególnie Stanisława Piotrowicza, wywołało konsternację nie tylko wśród zapamiętałych zwolenników opozycji.   

Wypowiedź rzecznika prezydenta, Błażeja Spychalskiego o tym, że Andrzejowi Dudzie zależy na gwarancji, że autorytet Trybunału Konstytucyjnego będzie coraz większy, wprost sugeruje, że z tych mieszanych uczuć elektoratu prezydent doskonale zdaje sobie sprawę. Czy więc może na przykład Stanisława Piotrowicza zablokować? Moim zdaniem teraz może. A może nawet będzie musiał.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama