Reklama

Reklama

W góry! W góry, miły bracie!

14 ofiar śmiertelnych Tatr w ciągu zaledwie tygodnia to śmiertelne żniwo, które budzi smutek i porusza wyobraźnię. Trudno się dziwić, że przy okazji po raz kolejny pojawiają się głosy, że trzeba coś zrobić, by takim przypadkom w przyszłości zapobiegać. Jestem zwolennikiem takiej dyskusji, ale przeciwnikiem zbyt daleko idących zmian. Moim zdaniem Tatry Polskie muszą pozostać dostępne dla turystów przez cały rok, a turyści w chwili zagrożenia nie powinni myśleć o tym, jaki rachunek wystawi im za akcję ratunkową TOPR.

W czasach otwartych granic i wymienialnej waluty może trudno już dziś zrozumieć, czym kiedyś były dla Polaków Tatry. Wiadomo, że bez nich nie byłoby późniejszych sukcesów polskich himalaistów. Ale czy pamiętamy o tym, dla ilu pokoleń to były praktycznie jedyne dostępne "wysokie" góry? Ilu z nas uczyło się tam nie tylko "miłości do gór", ale też wytrwałości, odpowiedzialności, czasem poznawało, a czasem przesuwało granice swoich możliwości. Tatry nadal mogą i powinny pełnić te rolę, zapewnić nam wzruszenia, wyzwania i emocje, których nie doświadczymy w Polsce nigdzie indziej.

Reklama

Jeśli najwyższe polskie góry mają pełnić taką rolę, muszą pozostać - tak, jak do tej pory - masowo dostępne. Nie tylko latem, ale i zimą. Muszą dawać nam okazje do podejmowania indywidualnych decyzji, gdzie pójść, czy w ogóle pójść, czy może lepiej zostać w schronisku, czy na kwaterze... Wypadki w górach były i będą. Czasem są wynikiem niewiedzy i lekkomyślności, czasem skutkiem rutyny i nadmiernego zaufania do własnych umiejętności, czasem wreszcie to wynik nieszczęśliwego splotu okoliczności, nagłego załamania pogody, czy po prostu pecha.

Co więc zrobić, by takich serii, jak ta ostatnia, uniknąć? Moim zdaniem trzeba informować, informować i jeszcze raz informować.

Doskonale pamiętam pierwszy dłuższy wyjazd w Tatry z Rodzicami. Była połowa lat 70., a my zaczęliśmy przygotowania od kupna słynnego przewodnika Józefa Nyki. Tam wszystko było napisane: jak się ubrać, co ze sobą wziąć, kiedy wyjść w góry i od jakich szlaków zaczynać. To tam po raz pierwszy przeczytałem, gdzie jest łatwo, a gdzie trudności "są znaczne i w dużym nagromadzeniu". I już w Krakowie wiedzieliśmy, gdzie się wybierzemy, a gdzie za pierwszym razem nas jeszcze nie będzie. I tak, owszem, na liście szlaków, gdzie nie zamierzaliśmy się pojawić, była Orla Perć.

W kolejnych latach przeszliśmy praktycznie wszystko, co w Tatrach Polskich było do przejścia, przeżyliśmy burzę na Zawracie i grad pod Czarnymi Ścianami, wycofywaliśmy się we mgle spod Ciemniaka i wchodziliśmy w deszczu na Rysy. Przewodnik Józefa Nyki bardzo nam w tym pomógł. Później sam zdobyłem uprawnienia przewodnickie i przez kilka lat prowadziłem turystów. Po co o tym piszę? Bo od tamtych czasów uważam, że na Tatry trzeba się przygotować. Wtedy są nieco bezpieczniejsze i... bardziej smakują. Nie wszystko trzeba zobaczyć od razu i nie wszystko naraz. Książkowych przewodników po Tatrach, jest już więcej, niektóre z nich napisane przez moich kolegów, nie wyobrażam sobie, żeby wyruszać w Tatry po raz pierwszy i nie przeczytać, co w nich napisano.

Tatrzański Park Narodowy rozpoczął w ostatnich latach kampanię Lawinowe ABC, która wraz z programem szkoleń ma pomóc turystom i miłośnikom skitourów bezpiecznie poruszać się w zimie. Wydano też broszurę poświęconą Orlej Perci. Mam wrażenie, że to jest słuszny kierunek działań, który trzeba rozszerzać i jeszcze popularyzować. Właśnie po to, by ci, którzy przyjeżdżają do Zakopanego jeszcze bez konkretnego pomysłu i konkretnej wiedzy, gdzie mogą się wybrać, mieli większe szanse, że nie popełnią błędu.

Tak, jak już pisałem, jestem przeciwnikiem wystawiania przez TOPR rachunków. Mam wrażenie, że ratownictwo górskie w Polsce jest od czasów Klimka Bachledy prawdziwą i szczególną misją, czymś nieporównanie większym i ważniejszym, niż działalność komercyjna. Dlatego wprowadzanie opłat, zwrotu kosztów, jako formy zniechęcania do wyjścia w góry lub "dodawania rozsądku" wydaje mi się absolutnie nie na miejscu. To jednak nie oznacza, że TOPR nie powinien mieć zapewnionych lepszych i bardziej stabilnych warunków finansowania. Jeśli nie chcemy wprost dosypać pieniędzy z budżetu, to podejmijmy decyzję o współpłaceniu za ratownictwo przez wszystkich przybywających do TPN turystów. W tej chwili na potrzeby TOPR przeznaczana jest drobna część wpływów z biletów. Być może warto do ceny 5 złotych za bilet dodać jeszcze złotówkę, która już bezpośrednio trafi do ratowników. To dałoby co najmniej 2,5 mln złotych, czyli 1/4 obecnego budżetu TOPR. A może warto rozważyć możliwość potraktowania owej dodatkowej złotówki, jako ubezpieczenia? Na Słowacji w końcu jego dobowy koszt jest niewiele wyższy.

I jeszcze ostatnia sprawa. Warunki w Tatrach na przełomie roku były naprawdę wyjątkowo trudne. Przy założeniu, że Tatry powinny pozostać otwarte przez cały rok, zastanowiłbym się jednak nad możliwością ogłoszenia czegoś na kształt "stanu alarmowego". Nawet jeśli nie oznaczałby on formalnego zakazu wyjścia w góry, byłby okazją do zwrócenia turystom - i tym mniej i tym bardziej doświadczonym - uwagi, że w górach dzieje się coś nadzwyczajnego. Efekt "szklanych gór" nie pojawia się często, może warto na taką okoliczność stworzyć jeszcze jeden mechanizm ostrzegania? Jestem za.

Grzegorz Jasiński, RMF FM

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy