Reklama

Reklama

Precz z preczem

Tytuł jest oczywiście zastępczy. Skorzystałem z dawnego pomysłu z popularnego komiksu by wyrazić dosadną myśl na "dwa W" w cywilizowany sposób. Uważam bowiem, że mimo emocji, powinniśmy się wyrażać kulturalnie. Wulgarność bowiem najczęściej zastępuje nie tylko przyzwoite i sensowne słowa, ale i sensowne myśli. W obecnym przypadku nie jest zresztą inaczej. Wulgarne okrzyki służą zawłaszczeniu sporu, uniemożliwieniu rozmowy, zamknięciu ust nie tylko przeciwnikom, ale też mniej skrajnym zwolennikom. A jest o czym rozmawiać. Ba, być może to rozmowa na tematy najważniejsze.

Na początek zaznaczę tylko, że o sprawie aborcji, w czasie rządów Zjednoczonej Prawicy pisałem już kilkakrotnie (tutututu i tu). Przeczytałem teraz te teksty i prawdę mówiąc, nie zmieniłbym w nich ani przecinka. Było owszem i o tym, by czarnych protestów nie lekceważyć, bo uczestniczą w ich nie tylko liberalne aktywistki, ale wiele kobiet, które nie chcą zabijać dzieci, ale i nie chcą być zmuszane do heroizmu. Było o tym, że jeśli chcemy w tej sprawie rzeczywistego postępu w duchu ochrony życia, to powinniśmy zapewnić ochronę dzieciom podejrzanym o zespół Downa. Było o tym, że państwo musi rodzinom niepełnosprawnych dzieci a potem dorosłych skutecznie pomagać. I było też o tym, że jakiekolwiek wezwania do ochrony zwierząt, czy klimatu nie brzmią wiarygodnie w ustach tych, którzy nie widzą w aborcji problemu. 

Reklama

Czy coś się w ostatnich dniach zmieniło. I tak i nie. Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego nie wywróciło Konstytucji do góry nogami, nie naciągnęło jej, nie złamało. Zgodnie z duchem orzeczeń wcześniejszych składów Trybunału stwierdziło, że w polskiej Konstytucji miejsca na aborcję potencjalnych niepełnosprawnych nie ma. Trybunał Julii Przyłębskiej, jak chętnie nazywają go protestujący, potwierdził to, co w konstytucji z 1997 roku zostało wysiłkiem rządzącej w owym czasie lewicy zapisane. W odpowiedzi pojawiły się jednak okrzyki "to jest wojna". Coś się więc zmieniło.

Przypominam o swoich tekstach nie tylko dlatego, by się teraz po prostu nie powtarzać, ale także po to, by przypomnieć ile razy w ciągu minionych pięciu lat temat się w przestrzeni publicznej pojawiał i jak bardzo niewiele w tej sprawie zrobiono. Ostatni raz zresztą cała ulica i zagranica była oburzona tym, że Sejm musiał się zająć projektem zakazu aborcji już w czasie pandemii, w kwietniu tego roku. Temat jednak szybko został wyciszony i gotowe już do protestów światowe media wydały z siebie tylko parę westchnień. Czego to dowodzi? Ano tego, że dyskusji o sprawie nie chciały ani PiS, ani środowiska skrajnie liberalne. PiS po to, by nie antagonizować części elektoratu, środowiska liberalne w przekonaniu, że na ostateczne zwycięstwo i aborcję na życzenie są jeszcze za słabe. Ci, dla których sprawa była naprawdę ważna (których szanuję) i ci, którzy chcieli na tym ugrać politycznie (których nie szanuję) doprowadzili w końcu sprawę do Trybunału Konstytucyjnego.

Czy fakt, że orzeczenie w spodziewanym kształcie zapadło właśnie teraz, w czasie drugiej fali pandemii był dowodem braku wyobraźni, czy perfidii politycznej, nie wiem. Nie wykluczam żadnej możliwości. To co jednak w odpowiedzi na decyzję Trybunału się stało, można moim zdaniem przyjąć tylko ze smutkiem. Oto dziesiątki tysięcy młodych i bardzo młodych ludzi wyszło na ulice by domagać się legalnego zabijania nienarodzonych dzieci. Większość z nich - w to ciągle wierzę - chciało tylko protestować wobec możliwych skutków najnowszego orzeczenia Trybunału, tak jednak się stało, że liderki protestu szybko skierowały go w stronę pełnej dostępności aborcji. I dziś już, czy chcemy, czy nie, protest idzie pod tym sztandarem i z tymi wulgarnymi hasłami na ustach.

To, że konflikt aborcyjny w ostrej formie w końcu do nas dojdzie, było w zasadzie pewne. Liberalny Zachód, od dawna skutecznie przekonujący swoje społeczeństwa, że żadnego nienarodzonego życia nie ma, nie mógł zostawić w spokoju kraju naszej wielkości, w którym ciągle jeszcze prawo stanowi inaczej. Tym bardziej, że obawia się w tej sprawie także ewentualnej kolejnej kadencji Donalda Trumpa i wpływu orzecznictwa powołanych przez niego sędziów Sądu Najwyższego. To, co jest w tej sytuacji u nas szczególnie przykre to fakt, że takie poglądy, tak wulgarnie wyrażane, znajdują u nas wśród młodych ludzi tak wielki odzew. Coś poszło nie tak.

Liberalna lewica nakręcając te protesty w takim stopniu i w taki sposób, potwierdziła kilka obserwacji, które do tej pory ciągle funkcjonowały jako hipotezy. Po pierwsze pokazała, że jej podstawowym wrogiem jest chrześcijaństwo i Kościół katolicki. Po drugie dowiodła, że w walce z religią i jej instytucjami gotowa jest posłużyć się kartą aborcyjną i nie zamierza przy tym zwracać uwagi na żadne ograniczenia. Po trzecie wreszcie pokazała, co myśli już nie tylko o PiS i jego wyborcach, ale wszystkich, którzy do pewnych elementów polskiej tradycji się przyznają. To w gruncie rzeczy do nich/nas wszystkich skierowane zostało hasło żeby/śmy... poszli precz.

Problem w tym, jak w tej sytuacji zareaguje wciąż milcząca większość, także bardzo młoda, a nawet częściowo niepełnoletnia. Czy uzna, że hasła liberalnej lewicy, ataki na kościoły i wyzwiska pod adresem inaczej myślących są ich, czy nie ich. Jarosław Kaczyński być może mógł nieco złagodzić emocje, ale ani we wczorajszym wystąpieniu w mediach społecznościowych, ani w dzisiejszym z mównicy sejmowej tego nie zrobił. To bardzo zła wiadomość. Niezależnie od tego, ile pomyj wylewała na niego opozycja, obecny wicepremier ma obowiązek studzić emocje i oferować realne sposoby deeskalacji konfliktu. Do liderek protestu to nie trafi, ale może trafić do tych uczestników protestów, których na ulice wyprowadziła złość, a nie wola rozbicia państwa. Do tych osób prezes nie miał żadnego przekazu. Przy okazji tęczowych protestów pisałem już kiedyś, że obroną kościołów musi się zajmować policja a nie spontaniczne grupy obywateli. Teraz mogę to tylko podtrzymać.

Wydaje mi się, że jedyną odpowiedzialną obecnie postawą jest nawoływanie do kompromisu, szukania sposobu wyjścia z sytuacji tak, by manifestacje mogły zostać przynajmniej zawieszone. Pandemia uderza w nas z wielką siłą, utrzymywanie ludzi na ulicach, protestujących i policjantów, liczbę zachorowań tylko zwiększy. Zapłacimy za to wszyscy, zdrowiem, biznesami, część z nas życiem. To jest ten moment, kiedy powinniśmy powiedzieć: stop. Politycy - ze wszystkich stron, ale przede wszystkim z partii rządzących - powinni nam w tym pomóc. Mamy obowiązek się tego od nich domagać. A od siebie powinniśmy się domagać odpowiedzialności. I dojrzałości. Od dzieciaków na ulicach także.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje