Reklama

Reklama

​Po nas choćby... No właśnie, co?

Niemiłosiernie wyświechtane powiedzenie Leszka Millera o tym, że mężczyznę poznaje się po tym "jak kończy", nie chce się z nami rozstać między innymi dlatego, że... jest w dużej mierze słuszne. Choć osobiście wolałbym powtarzać za Owidiuszem "patrz końca", myśl jest w istocie podobna. Nie to istotne, co zapowiadamy, obiecujemy, ale to, co po nas faktycznie pozostanie.

Platforma Obywatelska najwyraźniej nie potrafi się z tym co po niej pozostało zmierzyć. Należałem do tych, którym wydawało się, że Grzegorz Schetyna będzie skłonny - i będzie w stanie - od Donalda Tuska się odspawać i nadać PO na czasy opozycyjne jakiś nowy kierunek. Rzeczywistość okazała się inna. Na kierunku "totalnej opozycji" żadnego odejścia od wcześniejszej linii partii nie ma i już chyba nie będzie. To oznacza, że weszliśmy w kolejną fazę walki na "kto, kogo" i "do krwi ostatniej", w których jeńców nie będzie.

Reklama

PO i inni jej podobni chcieliby natychmiast,  za wszelką cenę doprowadzić do obalenia rządu. Tłumaczą jednak co najwyżej, dlaczego naród miałby PiS-owi władzę odebrać, nie tłumaczą, komu i właściwie po co miałby ją dać. Bo przecież nie mogą mieć na myśli siebie. Bądźmy poważni. Można twierdzić, że nieopublikowany audyt rządów PO-PSL nie jest żadnym audytem, ale nie sposób wyprzeć ze świadomości rosnącej grupy obywateli wrażenia, że poprzednia ekipa dbała przede wszystkim, jeśli nie wyłącznie, o siebie. Nie myślała przy tym, co po niej pozostanie, bo była przekonana, że żadnego końca nie będzie i ocenę rzeczywistości już zawsze będzie miała pod kontrolą. Nie po raz pierwszy w historii okazało się, że takie rachuby nie muszą się sprawdzić.

Zmianę opinii obywateli potwierdziły zeszłoroczne wybory, audyt mógł ją co najwyżej wyostrzyć. Podobnie jak nieprzychylna nam kampania z zagranicy. Mówię nam, bowiem nikt przytomny na umyśle, nie może uważać, że krytyka dotyczy PiS i nikogo więcej. Nie, nie. Jak szczerze i bez ogródek powiedział Bill Clinton, jego zdaniem, to niewdzięczni Polacy wybrali autorytaryzm. O Billu Clintonie, jego żonie i amerykańskiej kampanii wyborczej będzie jeszcze czas mówić, tym razem ograniczę się do stwierdzenia, że ta obraźliwa i niesprawiedliwa opinia jest dowodem, że przez ostatnie ćwierć wieku prawdziwej "miękkiej siły" i prestiżu Polski nie udało się zbudować. Nie twierdzę, że ich budowa byłaby łatwa i w innych stolicach mile widziana, ale bez wątpienia trzeba było próbować. "Postokrągłostołowe elity" nawet nie próbowały.

Nasza totalna wewnętrzna walka przenosi się za granicę, bowiem środowiska do tej pory dominujące w naszych kontaktach ze światem zewnętrznym nie mają żadnego pomysłu na konstruktywne działania tu na miejscu. Żyją więc nadzieją, że coś owe historyczne procesy i prawidłowości odwróci, że ich upadek powstrzymają jak nie Komisja Europejska, to może choć... FIFA i UEFA. Więc chodzą i się żalą. Owszem, przyznawałem już, że PiS też się żalił. Była w tym jednak pewna różnica. Kiedy PiS w sprawie Smoleńska, Telewizji Trwam, czy wyborów samorządowych interweniował w Europie, zwracał się do kumpli PO-PSL, by nieco swoich przyjaciół zdyscyplinowali. Gdy PO zwraca się do swoich kumpli, by zdyscyplinowali PiS, którego tamci nienawidzą, wygląda to zupełnie inaczej. I zupełnie inne przynosi skutki.

Żyjemy w świecie interesów. Interesy mają państwa, ponadnarodowe koncerny, korporacje, instytucje finansowe. Z ich punktu widzenia, jeśli nawet nie da się utrzymać tu u władzy tych, którzy nie zagrażają tym interesom, zawsze można liczyć na to, że będziemy tak pokłóceni, że nikt nie będzie w stanie rządzić i żaden realnie zagrażający tym interesom plan nie będzie mógł być realizowany. Zawsze to coś.

Tymczasem nasze, rozczarowane rzeczywistością utraconego przywództwa, "elity" gotowe są do każdej manipulacji. Kraj pozbawiony ich światłego kierownictwa jest im tak obrzydły, że jak kania dżdżu potrzebują potępienia z zagranicy. I tak żyją od nadziei do nadziei, że może choć Barack Obama nie przyjedzie na szczyt NATO, agencja Moody's obniży "rejting", Europejska Unia Nadawców wyrzuci z konkursu Eurowizji, albo Papież Franciszek się skrzywi i powie pani premier, co o tym wszystkim myśli. Ba, gdyby tak nie przyjechał na Światowe Dni Młodzieży, to już naprawdę byłoby super. Niechże wreszcie coś się wydarzy, by tu w tych oparach faszyzmu już nie da się wytrzymać.

Szanowni Państwo, nie bawcie się w ten sposób i "patrzcie końca". Na pocieszenie miejcie świadomość, że Prawo i Sprawiedliwość też na swój "koniec" pracuje. I też kiedyś doczeka się rozliczenia. Dla nas wszystkich - no, może prawie wszystkich - byłoby lepiej, żeby owo rozliczenie wypadło przynajmniej na czwórkę...

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy