Reklama

Reklama

Króliczek szczęścia, czyli rekreacyjnie upaleni marihuaną

Człowiek w swej naturze ma silnie zapisaną potrzebę dążenia do szczęścia. Szczęście jest naszym prawem, jest czymś, czego możemy się domagać i czego - co ważne - nie musimy się wstydzić.

Jeśli jesteśmy szczęśliwi, zwykle to po nas widać. Problem w tym, że szczęście nie jest uczuciem trwałym i w naszym życiu zdecydowanie rzadziej mamy okazję je celebrować, raczej zajmujemy się gonieniem. Jeśli już nam się przytrafi, szybko oglądamy się za... następnym. Właśnie dlatego owo szczęście kojarzy mi się z króliczkiem. A marihuana? Cóż, jest jednym ze sposobów jego gonienia.

Reklama

Zacznijmy od samego szczęścia i ciekawej pracy amerykańskich psychologów, którzy przekonują, że można znacząco zwiększyć swoje szanse na to, że gonienie za nim przynajmniej okresami okaże się skuteczne. Badacze z Uniwersytetów Stanforda i Harvarda oraz Uniwersytetu w Houston przekonują na łamach czasopisma "Journal of Experimental Social Psychology", że kluczem do sukcesu jest stawianie sobie małych, realistycznych i dość precyzyjnych celów. Ich realizacja, choć na chwilę, zbliży nas do szczęścia. Cele abstrakcyjne, zwykle nieosiągalne, budzą tylko frustrację.

Wyniki przeprowadzonych przez Amerykanów badań wskazują, że jedno z częstszych źródeł naszego osobistego szczęścia, działanie na rzecz innych, okazuje się bardziej skuteczne, gdy te działania są jak najbardziej praktyczne. I tak na przykład w eksperymencie dotyczącym pomocy dla osób potrzebujących przeszczepu szpiku kostnego, badani przyznawali, że czuli się bardziej szczęśliwi, gdy dzięki ich działaniom osoby te miały większą szansę na znalezienie dawcy, niż gdy owo działanie tylko "dawało im większą nadzieję". I w przypadku osoby potrzebującej i osoby, która może zaoferować pomoc, cele praktyczne są bowiem ważniejsze i bardziej namacalne od celów abstrakcyjnych. I realizacja tych pierwszych daje obu stronom więcej radości.

I tu dochodzimy do wspomnianej w tytule marihuany, która - przyznajmy to szczerze - dla wielu jest właśnie taką drogą do szczęścia. Zwolennicy jej legalizacji, w większości moim zdaniem osoby, które same mają ochotę palić bez obaw, często powołują się na dobro innych, którym owa marihuana miałaby pomóc. Ja osobiście widzę swoje szczęście i satysfakcję w działaniu odwrotnym, mam bowiem silne wrażenie, że w interesie większości z nas leży właśnie utrzymanie zakazu.

Niech więc moim drobnym działaniem na rzecz społeczności będzie przytoczenie niepokojących wyników badań naukowców z Northwestern University i Harvard Medical School. W najnowszym numerze czasopisma "The Journal of Neuroscience" piszą oni, że nawet "okazjonalne" palenie marihuany wywołuje u młodych ludzi zauważalne zmiany w mózgu. Chodzi o zmiany kształtu i objętości dwóch rejonów mózgu istotnych dla odczuwania satysfakcji, motywacji, czy emocji, jądra półleżącego i ciała migdałowatego.

Porównanie obrazu mózgu osób w wieku od 18 do 25 lat, które przyznają się do kontaktów z marihuaną i tych, którzy nigdy nie palili pokazuje, że już jeden skręt tygodniowo wywołuje zauważalne efekty. A jeśli tych skrętów jest więcej, niepokojące efekty tylko rosną. Żadna z badanych osób nie zdradzała jakichkolwiek objawów uzależnienia, ale zmiany w mózgu były widoczne. O tym, że u palących marihuanę obserwuje się problemy z uwagą, motywacją, czy pamięcią, że są apatyczne i mają kłopoty w nauce, nikogo właściwie nie trzeba przekonywać. Te zmiany w mózgu mogą te efekty tłumaczyć.

Zdaniem autorów pracy, trzeba teraz zweryfikować twierdzenia, że okazjonalne, jak to się ładnie mówi "rekreacyjne" palenie, nikomu nie szkodzi. Wygląda bowiem na to, że jest inaczej.

Nie trzeba być prorokiem, by przewidywać, że ogłoszone właśnie wyniki spotkają się z ostrą reakcją konopnego lobby. Badania były prowadzone na grupie około 20 okazjonalnych palaczy, więc wyniki trzeba będzie zweryfikować. Ja mam tylko nadzieję, że te obserwacje staną się początkiem normalnej nie propagandowej dyskusji. Argumenty, że pokolenie amerykańskich "baby boomers" paliło i wyrosło na ludzi nie mają tu zastosowania.

Naukowcy podkreślają, że w latach 60 czy 70 paliło się konopie o zawartości psychoaktywnego THC na poziomie od 1 do 3 procent, obecna marihuana ma od 5 do nawet 9 procent THC.

To, że ktoś ma ochotę palić, odprężać się i tępo patrzeć w ścianę to nie powód, by narażać dzieciaki na takie ryzyko. Żadnego szczęścia, ani dla nich, ani dla nas z tego nie będzie. Ten króliczek nie wart gonienia.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL