Reklama

Reklama

Dać Ramonie S. popalić

Nie wszystko złoto, co się świeci, nie każdy głos za "wolnością" jest naprawdę tym, co usiłuje udawać. Ta prawda znalazła ostatnio kolejne potwierdzenie za sprawą działań rozmaitej maści celebrytów w obronie prawa młodych ludzi do posiadania na swój użytek drobnych ilości marihuany.

Oczywiście, od początku na kilometr było widać, że nie o obronę jakichś anonimowych palaczy trawy tu chodzi. Ta akcja od początku miała na celu tylko i wyłącznie ochronę swoich własnych interesów, w skrócie: niezakłóconego przez nikogo jarania.

Reklama

Historia nieszczęsnej suczki Ramony S., która w sposób zupełnie niezawiniony ściągnęła na siebie uwagę organów ścigania, gdy ktoś wysłał jej paczkę z narkotykami, tylko to potwierdziła. I każde kolejne oświadczenie dotyczące jej niczego nieświadomej pani (tymczasowo: J.), potwierdza to jeszcze bardziej.

Nie wiem, co trzeba mieć w głowie, by dla własnej wygody palenia trawy przekonywać rzesze młodych ludzi, że marycha jest cool i nikomu nie szkodzi. Nie wiem, jak otępiały trzeba mieć umysł, by nie zauważać, że zagrożenia, które za tym idą, nie są warte tej własnej nieskrępowanej możliwości prowadzenia "naukowych badań nad ziołem".

Nie podejrzewam jednak, by do tych ludzi przemawiały jakiekolwiek racjonalne argumenty.

Dyskusję w tej sprawie trzeba jednak przestawić z głowy na nogi. Nie można dopuścić, by ton nadawały jej osoby, które powodem do dumy uczyniły fakt, że palą lub paliły.

Znalezienie dowodów na to, że nieszkodliwość marihuany to mit, nie jest szczególnie trudne. Jeśli chce się je znaleźć w badaniach naukowych, to się je znajdzie. Najnowszy przykład każe szczególnie ostrożnie traktować kulturę wolnego jarania, którą niektórzy gorączkowo chcą nam zaszczepić.

Naukowcy z Uniwersytetu Duke w Północnej Karolinie opublikowali właśnie na łamach czasopisma "Proceedings of the National Academy of Sciences" artykuł, z którego wynika, że eksperymenty z marihuaną, szczególnie te podejmowane w okresie nastoletnim, mogą znacznie zmniejszyć iloraz inteligencji palacza. Ta różnica IQ jest poważna, sięga ośmiu punktów, i może mieć kluczowe znaczenie dla przyszłych losów "eksperymentatora", w tym jego edukacji i szans na wyższe dochody.

Badania wpływu marihuany na inteligencję nie są łatwe, nigdy bowiem nie wiadomo, czy pewne ograniczenia nie towarzyszą badanym już od czasów, gdy jeszcze nie palili. Tym razem naukowcy są przekonani, że udało im się ten problem obejść. Wykorzystali badania, które prowadzono wśród tysiąca osób w Dunedin w Nowej Zelandii. Śledzono ich stan zdrowia od urodzenia do 38. roku życia. W wieku 13 i 38 lat przeprowadzono testy inteligencji. Badano też ich pamięć, koncentrację i zdolności poznawcze.

Okazało się, że u tych, którzy popadli w międzyczasie w stan uzależnienia od narkotyku, IQ spadło o średnio 6 punktów. Ci, którzy palili przed ukończeniem 18. roku życia, tracili na inteligencji nawet 8 punktów.

Opinie członków rodzin i przyjaciół wskazują też, że "jaracze" mieli częściej niż przeciętnie kłopoty z pamięcią i koncentracją. Testy pokazały, że zmiany są nieodwracalne i u badanych nie cofały się nawet wtedy, gdy przestawali palić.

W obliczu tych faktów postuluję: pozwólmy celebrytom palić marihuanę! Stwórzmy nawet programy refundujące im część związanych z tym kosztów. Dajmy im (ale tylko im) szansę spełniania się w jaraniu (oczywiście, za wiarygodnym potwierdzeniem celebryckiego statusu w postaci odpowiedniej legitymacji albo przynajmniej wydruku z jakiegoś portaliku).

Kiedy popadną już w pełne otępienie i nie będą się publicznie wypowiadać na tematy zioła, ani na żadne inne, nagle zrobi się w kraju trochę mądrzej. I może przy okazji uda się nieco poziom IQ naszych dzieci uratować. Bo to IQ właśnie, znacznie bardziej niż doświadczenia z używkami, przyda im się potem w życiu.

Grzegorz Jasiński, RMF FM

Dowiedz się więcej na temat: Nie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje