Reklama

Reklama

10 tysięcy... i co dalej?

W dniu, w którym po raz pierwszy od początku pandemii liczba nowych zakażonych przekracza 10 tysięcy, trudno o przesadny optymizm. Tym bardziej, że sejmowe obrady na temat ustawowych środków, które mają skutki pandemii ograniczyć, pokazały, że obie strony politycznego sporu w Polsce ani myślą przestać zajmować się tym, co lubią najbardziej, czyli kłótnią. A jednak mam wrażenie, że starając się postępować rozsądnie, mamy szanse wyjść z tego wszystkiego cało. Cało jako społeczeństwo.

Skąd ten akurat optymizm? Ano, jeśli skoncentrujemy się na praktycznych działaniach, jesteśmy jako ludzie dość jednak odporni. Sygnały dotyczące takich praktycznych działań w ciągu ostatnich kilku dni zdążyły się pojawić.

Reklama

Nie zmieniam zdania co do zaskakująco spóźnionej reakcji rządu na uderzenie drugiej fali pandemii. Plany budowy szpitali tymczasowych, wola rozmowy ze środowiskami medycznymi na temat zasad pracy, które pozwoliłyby poprawić efektywność działania służby zdrowia w tych ekstremalnie trudnych warunkach, mogły i powinny były pojawić się co najmniej kilka tygodni wcześniej.

Teraz, kiedy trzeba już ratować, co się da, widać jednak przynajmniej wolę pójścia w dobrym kierunku. Można powiedzieć, że to niewiele, ale nie wybrzydzałbym, materia naszej polityki jest trudna i oporna, Zjednoczona Prawica zdążyła już niestety przejąć znaczną część politycznego bagażu swoich poprzedników i normalna rozmowa przychodzi jej z trudem. W sytuacji poważnie już kryzysowej elementy owej poważnej rozmowy znów się na szczęście pojawiają.

Nie chcę tym razem chwalić nowego ministra zdrowia, w początkowym okresie pandemii chwaliłem (wciąż uważam, że słusznie) poprzedniego, ale jakoś tak powody do pochwał stopniowo, wraz z ministrem, się rozpłynęły. Tym razem zobaczymy, jak działania resortu sprawdzą się w boju. Zaniedbań, jeśli chodzi o przygotowywanie planów, szkolenie kadr medycznych, czy wsparcie sanepidu nie da się ukryć, ale może wspólnym wysiłkiem i rozsądnym podejściem obywateli uda się przynajmniej część z nich zniwelować. Już widać, że system izolacji i kwarantanny musi się opierać na rozsądku, zapobiegliwości i dobrej woli samych Polaków, mam nadzieję, że uda się je utrzymać na dostatecznym poziomie.

Pisząc o szkoleniu kadr medycznych, nie mam oczywiście na myśli systemu kształcenia lekarzy. Na naprawę wieloletnich zaniedbań ten rząd miał jeszcze za mało czasu. Od liceum pamiętam, że wszyscy wiedzieli, jak trudno się na medycynę dostać. Ci, którym na tym bardzo zależało, naprawdę bardzo musieli się postarać. Części się to udawało, byli wśród nich tacy, którym ewentualnie człowiek powierzyłby swoje zdrowie i tacy, których nigdy w białym fartuchu nie chciałby zobaczyć. Dlaczego przez wszystkie późniejsze lata wygodnie było utrzymywać na wydziałach lekarskich niskie limity, utrudniać dostęp do specjalizacji, nie mnie oceniać. 

Dlaczego nie udało się zatrzymać tak wielu lekarzy w kraju, też można byłoby dyskutować. Jeśli jednak ktoś teraz narzeka, że lekarzy brakuje, to w tamtych czasach powinien szukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się stało. To nie zmienia oczywiście faktu, że w te wakacje można było, a nawet trzeba, zaangażować w opiekę nad pacjentami studentów ostatnich lat wydziałów lekarskich, pielęgniarskich, czy farmaceutycznych. Zamiast zderzać ich z problemami z odbyciem praktyk, należało włączyć ich w działania, nawet na niecovidowych oddziałach, które pomogłyby nieco deficyt kadr zmniejszyć.

Myślę sobie, że Zjednoczona Prawica na tyle długo spierała się o tzw. ustawę "bezkarnościową", że odebrała sobie szanse na przyjęcie jej przy choćby połowicznym przyzwoleniu opinii publicznej. Teraz ma, owszem, szanse na immunitet, jeśli w czasach drugiej fali pandemii... nie popełni błędów. 

Przy okazji jednak dość przewrotnie, kolejny raz okazało się, jak bardzo nasze spojrzenie kieruje się względami politycznymi. Oto nagle przeciwnicy rządu stali się najbardziej zagorzałymi zwolennikami zdjęcia odpowiedzialności karnej, cywilnej i zawodowej z pracowników służby zdrowia. Żeby było jasne, uważam, że w tak szczególnych czasach, kiedy wiedza na temat samego koronawirusa i choroby COVID-19 jest wciąż tak niepełna, lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni i diagności mają pełne prawo do daleko idącego immunitetu. Nie widzę w tym nic dziwnego. Ale przecież politycy też działali i działają w warunkach nadzwyczajnych, uwarunkowania społeczne, polityczne, gospodarcze związane z pandemią też są dalece niepewne. Dlaczego oni nie mogą liczyć na wyrozumiałość?

Samorząd lekarski nie czuje się na siłach, by samemu wskazywać lekarzy, których można skierować do walki z COVID-19. Pojawiają się pytania, czy można wymagać poświęcenia od lekarzy na emeryturze. Nie oceniam tego. Wypada tylko zauważyć, że ci, którzy najgłośniej o tym mówią byli często zwolennikami polityki poprzedniego rządu i owszem, podwyższonego do 67 lat wieku emerytalnego. Czy nie wypada przynajmniej zauważyć teraz pewnej dwuznaczności zgłaszania takich wątpliwości?

Premier w swoim sejmowym wystąpieniu i odpowiadająca mu potem opozycja "dali sobie po razie". Chciałbym wierzyć, że to na dziś, jutro i pojutrze wystarczy, że obie strony spróbują teraz, nie podkładając sobie nóg, zrobić dla nas wszystkich w Sejmie i Senacie coś pożytecznego. A potem już uda się zaangażować wszelkie siły i środki do walki o to, by sytuacja naprawdę nie wymknęła się spod kontroli. Kilka najbliższych tygodni może mieć znaczenie decydujące. Powtórzę to, co pisałem przed tygodniem. Musimy przez to wszystko przejść razem.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne