Reklama

Reklama

Zły rok na złą wróżbę

To nie był dobry rok. Oczywiście przede wszystkim dlatego, że nasze życie publiczne i prywatne zostało zdewastowane przez epidemię - a przecież sądziliśmy, że ten rodzaj nieszczęść ludzkość ma już za sobą. Także dlatego, że w tym roku świat nie przybliżył się do ambitnych celów walki z globalnym ociepleniem. A i dlatego, że w wielu miejscach na świecie terroryści nadal sieją śmierć. Jak również dlatego, że populizm ma się dobrze - zwyciężył w Polsce w osobie prezydenta Dudy, wybranego na drugą kadencję, po pięciu latach katastrofalnego stylu sprawowania urzędu. Niby przegrał w USA w osobie Donalda Trumpa. Ale przecież zwycięstwo Joe Bidena to jest raczej odpowiedź w stylu restauracji Ludwika XVIII, nie zaś prawdziwej reformy De Gaulle’a. A to znaczy, że powody, dla których wybrano Trumpa w 2016 roku, za prezydentury Bidena raczej nie zostaną rozbrojone, a więc populizm w USA przetrwa. Źle się dzieje także w Unii Europejskiej, której ambitny projekt staje się coraz bardziej pusty: udajemy, że się integrujemy, a w gruncie rzeczy coraz bardziej się dezintegrujemy. I tak dalej, i tym podobne.

Reklama

Naprawdę w ostatnim dniu Anno Domini 2020 jest czym się martwić. W moim prywatnym rankingu zmartwień najwyżej stawiam upadek autorytetu Kościoła katolickiego w Polsce. To jest moje zmartwienie, ale nie sposób zaprzeczyć, że powody, dla których tak wielu ludzi w kraju rodzinnym Jana Pawła II odmawia dziś Kościołowi uznania, są rzeczywiste. Czy to kogoś, jak mnie, martwi, czy też, jak (co przypuszczam) Panią Posłankę Joannę Scheuring-Wielgus, cieszy - fakty pozostają te same. Możemy je nieco inaczej oceniać, ale nie możemy ich zakwestionować.

Reklama

Pozostaje faktem, że liczne przywileje, jakie Kościół dostał od państwa po 1989 r., irytują coraz większą część Polaków. Nauczanie moralne Kościoła coraz słabiej oddziałuje na życie publiczne (wyjąwszy oficjalne celebry, ale nie o to przecież chodzi), a zresztą także i na życie prywatne Polaków. Czy jedno (przywileje) z drugim (zanik etyki chrześcijańskiej) ma ze sobą coś wspólnego, trudno stwierdzić. Co możemy powiedzieć na pewno, to że gdy u początków III RP głoszono potrzebę specjalnego potraktowania Kościoła, uzasadniano to także spodziewanym dobroczynnym wpływem jego nauczania na moralność  publiczną. Powiadano, że chrześcijaństwo jest dobrym budulcem dla postaw prodemokratycznych, jest więc - pośrednio - podporą młodej demokracji. Przywileje Kościołowi dano, postawy prodemokratyczne rozkrzewiły się skąpo, a już na pewno ludzie będący twarzami Kościoła zbyt często nie świecili w tej materii przykładem. W tym sensie inwestycja okazała się chybiona. Niżej podpisany wyrażał na początku lat 90-tych daleko idący sceptycyzm co do obranej drogi szukania miejsca dla Kościoła w polskiej demokracji, co dziś łatwo sprawdzić - biblioteki i archiwa nie płoną. Wielu było takich, i to także wśród osób obdarzonych niejakim zaufaniem publicznym, którzy nawoływali do specjalnego traktowania Kościoła, powiadając, że w Polsce trzeba zastosować model "przyjaznego rozdziału" Kościoła od państwa, zamiast "rozdziału" po prostu. Było to jawnym odejściem od zasad. Może przynajmniej dzisiaj, wobec zgliszcz, jakie ten fałszywy model po sobie pozostawił, widać to wyraźnie?   

Ohyda pedofilii, odsłonięta około roku 2000, gdy chodzi o Kościół na Zachodzie, ujawniła się w ostatnich latach także w Polsce, w podobnej skali. O ile Kościół na Zachodzie poradził sobie słabo z rozliczeniami w tej materii, o tyle Kościół w Polsce radzi sobie z nimi rozpaczliwie słabo. Pewien spadek zaufania do Kościoła odnotowano już w pierwszej dekadzie tego wieku pod wpływem nierozliczenia komunistycznej agentury w jego szeregach. Dalszy spadek notujemy teraz z powodu nierozliczenia postępków pedofilskich (oraz nadużyć homoseksualnych w stosunku do seminarzystów i młodych księży).

W tych warunkach trudno się dziwić, że wysokie wymagania kościelnego nauczania trafiają w próżnię. Chrześcijańska doktryna początku i końca życia ludzkiego, i tak wymagająca i odrzucana w świecie zbudowanym na paradygmacie samospełnienia, staje się tym trudniejsza do przyjęcia, gdy jej głosicielom można zarzucić hipokryzję. A zbyt często można. To tłumaczy masowość i gwałtowność protestów wobec orzeczenia niby-Trybunału Konstytucyjnego w sprawie eugenicznej przesłanki prawa do aborcji. Naturalnie, protestujący kontestowali także legalność wyroku - i tu mieli absolutną rację - ale nawet gdyby ten aspekt problemu wziąć w nawias, to i tak skala odrzucenia w jesiennych demonstracjach nauczania moralnego Kościoła w samym jego sednie jest ogromna. Można rzec: jeszcze kilka lat temu byłaby niemożliwa do wyobrażenia, a jednak tak się właśnie stało.

Jak wyżej napisałem, nigdy nie uważałem, żeby Kościołowi należały się przywileje, nie będę więc płakał, gdy mu się je odbierze - co niechybnie nastąpi w epoce po-PiS-owskiej. Z kolei jednak jest dla mnie oczywistością, że katolicyzm jest historycznie głęboko spleciony z polskością. Kto tego nie rozumie, nie rozumie naszych dziejów. Ale widać, można żyć, nie rozumiejąc tego. Z pewnym dyskomfortem przyjmuję do wiadomości, że taka będzie przyszłość Polski. Wiele wskazuje, że już niedługo Polacy będą głęboko zdechrystianizowani, może tak głęboko jak zachodni Europejczycy, a wtedy ich ogromna większość w ogóle nie będzie rozumiała chrześcijańskich kodów kulturowych w naszej dawnej literaturze, a nowa literatura będzie ich całkowicie pozbawiona. Do tego chyba zmierzamy, no trudno. Będzie to inna i obca mi już Polska, ale jednak Polska.

To, co się w ostatnich miesiącach dzieje w Polsce, jest doszlusowaniem do tendencji zachodnich. W tym sensie Polska się gwałtownie okcydentalizuje - kto chce, niech się z tego cieszy. Niewątpliwie zmierzamy w kierunku głębokiego zmarginalizowania nie tylko Kościoła, ale w ogóle chrześcijaństwa. Zmierzalibyśmy tam i bez owej autokompromitacji Kościoła, natomiast wraz z nią wchodzimy w tym procesie w tryb turbo. Co z tego wyniknie dla chrześcijaństwa, nie jest tak bardzo ważne. Ono w jakiejś postaci, mniej czy bardziej katakumbowej, przetrwa. Natomiast jeśli chrześcijańska koncepcja człowieczeństwa, z jego pojęciami: cierpienia, ofiary, poświęcenia i służby, zostanie zepchnięta na głęboki margines, to i cywilizacja, która tego dokona, też sczeźnie. Rozumiał to dobrze zmarły dziś o. Maciej Zięba, dominikanin - jego śmierć to jeszcze jeden powód, by uznać kończący się rok za wybitnie zły.

Chrześcijaństwo, niosąc te pojęcia, było konstytutywnym elementem zachodniej cywilizacji od dwóch tysięcy lat. Od połowy drugiego tysiąclecia było z nią w sporze, w czasach Reformacji, Oświecenia i Pozytywizmu, ale ciągle ważna była jego nauka o ludzkiej godności. Dopiero czasy najnowsze to zmieniły. Temu, że to orędzie będzie uważane za nieistotne, będą winni także sami chrześcijanie z powodu antyświadectwa, jakie dają. Ale ucierpią na tym także - dziś tego nieświadomi - radośni zwolennicy wygnania chrześcijaństwa do rezerwatu.

Czego, ani sobie, ani Państwu, nie życzę.

***

Od 2010 roku co tydzień publikowałem tu tekst. Ponieważ powyższy jest ostatnim, chciałbym niniejszym podziękować Czytelnikom za ich łaskawe przyjęcie, a redaktorom portalu Interia, szczególnie Krzysztofowi Fijałkowi, Wojciechowi Olszówce i ze wspomnieniem ś.p. Zygmunta Moszkowicza, za długoletnią dobrą współpracę.

Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama