Reklama

Reklama

"Zero tolerancji"? Nie wierzę!

Episkopat Polski zapowiedział wczoraj, że odtąd będzie prowadził politykę "zero tolerancji" wobec pedofilii w szeregach Kościoła, włącznie z karą wykluczenia ze stanu kapłańskiego. Nie wierzę w te zapewnienia.

Nie wierzę biskupom, bo okazali się w tej kwestii wielokrotnie niewiarygodni: od pierwszych informacji o przypadkach molestowania seksualnego na początku lat 2000, aż do dziś. Zawsze, gdy dochodziło do ujawnienia takiej lub podobnej (casus abpa Paetza, który molestował kleryków, a więc osoby już dorosłe) sprawy, biskupi najpierw przeczyli, potem rozmywali problem, a równocześnie atakowali ludzi, którzy domagali się sprawiedliwości, nazywając ich aktywność działaniem na szkodę Kościoła.

Reklama

Sam tego doświadczyłem, kiedy zostałem zaatakowany przez arcybiskupa Józefa Michalika (wówczas jeszcze nie przewodniczącego Episkopatu).

To w jego diecezji (archidiecezja przemyska), w parafii Tylawa od dwóch dziesiątków lat jej proboszcz molestował seksualnie dziewczynki. Bodaj w roku 2001 wyszło to na jaw za sprawą kobiety, która oskarżyła proboszcza i musiała stoczyć długą samotną walkę, by doprowadzić w końcu do procesu.

Ta kobieta walczyła samotnie, bo lokalna społeczność żyła pod presją proboszcza. Ludzie wiedzieli, że Lucyna Krawiecka mówi prawdę, ale woleli udawać, że nie wiedzą. Wtedy Krawiecką wsparła "Gazeta Wyborcza" piórem dziennikarki rzeszowskiego oddziału Małgorzaty Bujary, która dogłębnie zbadała konflikt w Tylawie.

Byłem wtedy publicystą tej gazety i opierając się na dobrze udokumentowanych materiałach Małgorzaty Bujary napisałem, co sądzę o postępkach proboszcza, a także o kryciu jego postępków przez Kościół - w tym wypadku przez jego zwierzchników z archidiecezji przemyskiej. Nie trzeba było długo czekać, by metropolita przemyski arcybiskup Michalik publicznie odsądził mnie od czci i wiary, nazywając wrogiem Kościoła i zarzucając kłamstwo.

Do tego, że hierarchowie pokroju Michalika nazywają mnie wrogiem Kościoła, byłem już przyzwyczajony. Są ludzie, którym nie mieści się w głowie, że można krytycznie pisać o Kościele, poczuwając się do wspólnoty z nim i z poczucia troski o niego. Do takich ludzi należy abp Michalik. Myślę, że to jest jakiś defekt intelektualny, ale w końcu Bóg z nimi, tak jest świat urządzony i - niestety - Kościół Święty też.

Jednak publiczne oskarżenie dziennikarza o kłamstwo ma już inny wymiar. Ono jakoś angażuje osobę publiczną, która takie oskarżenie stawia. Jak angażuje? Ano tak, że w przypadku udowodnienia faktów trzeba publicznie wycofać oskarżenie. Fakty zostały potwierdzone: ks. Michał M. został skazany, wyrok się uprawomocnił. I co? I nic. Ksiądz Michał M. wrócił do Tylawy, jakby nic się nie stało, odprawiał msze itp. Żadnego publicznego "przepraszam" (zresztą prywatnego też) ze strony arcybiskupa się nie doczekałem.

Sposób załatwienia przez Kościół sprawy tylawskiej był typowy. Podobnie było ze sprawą ks. Andrzeja M. ze Szczecina, który przez wiele lat molestował chłopców. Podobnie ze sprawą arcybiskupa Paetza, która nie podpada wprawdzie pod kategorię pedofilii, ale jest w istocie czymś bardzo podobnym, bo polega na seksualnym wykorzystywaniu osób (młodych księży i seminarzystów), będących pod władzą tego, który je wykorzystuje.

W każdej z tych spraw władze kościelne zachowywały się tak samo: długo zamiatając brudy pod dywan, a ludzi, którzy próbowali dochodzić sprawiedliwości, sekując, podważając ich dobre intencje etc. Władze polskiego Kościoła ponoszą ciężką odpowiedzialność za los, jaki zgotowały ks. Tomaszowi Węcławskiemu. Ten nadzwyczaj gorliwy kapłan, który zaangażował się w przerwanie zmowy milczenia wokół postępków abpa Paetza, został dosłownie zaszczuty przez swoich przełożonych i - jak to zwykle, niestety, bywa - przez swoich współbraci-kapłanów. W konsekwencji człowiek ten nie tylko porzucił stan duchowny, ale formalnie opuścił Kościół katolicki. Pieniądz gorszy wypiera pieniądz lepszy - ludzie małej wiary w Kościele doprowadzili do rozpaczy, a potem do odejścia człowieka wielkiej wiary. Ufam, że Historia im tego nie zapomni.

Jeśli twarzami nowej polityki Kościoła polskiego w sprawie pedofilii są abp Michalik, znany ze swego udziału w sprawie tylawskiej, i abp Kowalczyk (dziś Prymas Polski, a wtedy nuncjusz papieski w Polsce), który otrzymawszy dokumenty dotyczące abpa Paetza, przekazał je zamiast do Watykanu, do abpa Paetza, to ja mówię: nie wierzę.

Bo deklarowana nowa kościelna polityka względem pedofilii jest biegunowo odmienna od polityki dotychczasowej. Zatem minimalnym warunkiem jej wiarygodności jest, aby osoby odpowiedzialne za dotychczasową politykę ukrywania nadużyć seksualnych w Kościele polskim powiedziały swoje: nostra culpa. Nic mniej.

Roman Graczyk

Czytaj więcej: Episkopat przyjął dokument dot. pedofilii

Dowiedz się więcej na temat: Nie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy