Reklama

Reklama

Zasady i polityka

​Powody, dla których Jarosław Kaczyński dał w połowie września zielone światło dla wysłania wniosku do niby-Trybunału Konstytucyjnego, były natury politycznej. Przypomnijmy - chociaż w obecnym wzmożeniu moralnym przeciwko Panu Prezesowi jako sprawcy "piekła kobiet" ten fakt słabo się przebija - że lider Prawa i Sprawiedliwości od wielu lat był przeciwnikiem ruszania ustawy z 1993 r. Wprawdzie flirtując z Kościołem i utwardzając ideologicznie swoją partię (to drugie zgodnie z dogmatem, że na prawo od PiS powinno być tylko puste miejsce), Pan Prezes w naturalny sposób stawał się adresatem oczekiwań środowisk pro-life. Dawał im do zrozumienia, że PiS tę sprawę załatwi, a jednocześnie wiedząc, że ustawa z 1993 stoi na kruchym gruncie (np. próba liberalizacji podjęta przez SLD w 1996 r.), bał się podjęcia takiego wyzwania jak diabeł święconej wody. To dlatego Jarosław Kaczyński dwukrotnie storpedował inicjatywy zaostrzenia prawa aborcyjnego: pierwszy raz w 2007 r., kiedy sprzeciwił się projektowi znowelizowania w tym zakresie Konstytucji, drugi raz w 2016 r., kiedy sprzeciwił się procedowaniu w Sejmie obywatelskiego projektu ustawy, opracowanego przez komitet "Stop aborcji". To drugie nastąpiło po masowych ulicznych protestach kobiet.

Kaczyński obchodził tę sprawę szerokim łukiem, bo wiedział, że to jest temat wybuchowy. Wiedząc to, trzeba czytać jego decyzję z połowy września jako desperacką. Co go do niej mogło popchnąć? Tylko poważne powody natury politycznej. A wówczas takim był bunt na pokładzie Zjednoczonej Prawicy, podniesiony przez Zbigniewa Ziobrę. Aby go spacyfikować PiS podjęło m. in. dwie inicjatywy ideologiczne, mające pokazać tożsamościowemu elektoratowi , że Ziobro nie jest największym twardzielem, lecz jest nim - rzecz jasna - Kaczyński. Takie są powody skierowania do niby-Trybunału wniosku o zbadanie zgodności z Konstytucją konwencji stambulskiej z zaleceniem, żeby Pani Prezes schowała go na dno szuflady, a także wniosku o zbadanie zgodności z Konstytucją fragmentu ustawy z 1993 r., tym razem jednak z zaleceniem, aby Pani Prezes niezwłocznie uruchomiła jego procedowanie. Ziobro wrócił do wskazanego mu miejsca w szeregu, zaś wyrok niby-Trybunału z 22 października wywołał najpierw furię środowisk pro-choice, potem zaś uogólniony bunt młodzieży - jakich Pan Prezes z pewnością nie przewidział.

Reklama

Skala protestu jest taka, że pozwala to mówić o perspektywie możliwej dekompozycji obozu władzy, być może utraty większości w Sejmie i przedterminowych wyborach.

Jarosław Kaczyński od lat rządzi w osobliwy sposób, który polega na wyrozumowanym lekceważeniu procedur. Jego obóz polityczny ma większość parlamentarną i w tym sensie ma w ręku wystarczające instrumenty władzy. Weto Senatu, z którym musi się liczyć w drugiej kadencji, jest przełamywane tylko większością bezwzględną. Mówiąc w kategoriach politycznych, dla jego przełamania wystarczy, że większość parlamentarna będzie spoista. To w zasadzie Pan Prezes miał zagwarantowane u progu tej kadencji. Ale Jarosław Kaczyński tym się nie kontentował i świadomie lekceważył proceduralne ograniczenia, większe (jak zasada podziału władzy) i mniejsze (jak zasada vacatio legis), uważając, że jak się ma demokratyczny mandat, to żadne limity nie obowiązują. Pan Prezes, zatem, lubił działać "poza trybem".

Tak można działać, jeśli się zakłada, że każdą ustawę można uchwalić w dowolnym momencie, nie przestrzegając zasad dobrego prawodawstwa, a potem, jeśli wystąpią z jej powodu jakieś kłopoty, można ją w dowolnym momencie zmienić. Podobnie z wyrokami niby-Trybunału Konstytucyjnego, które można dostać na zamówienie, albo też można skutecznie powstrzymać niby-Trybunał od orzekania.

Ale oto Jarosław Kaczyński wpadł w pułapkę, którą niechcący sam na siebie zastawił. W obliczu niespotykanej skali protestów należałoby się cofnąć. I oznaką woli zrobienia kroku wstecz jest inicjatywa ustawodawcza prezydenta Dudy. To, że liderki Strajku Kobiet tę inicjatywę lekceważą, nic nie zmienia w tej ocenie. Oczywiście cofnięcie jest niewystarczające wobec radykalizacji protestu. Ale jakkolwiekbyśmy je oceniali, widać, że PiS odczuwa niewygodę wobec masowych protestów i chce postąpić krok wstecz. Ba, ale jak to teraz zrobić? PiS zderza się tu z dwoma ścianami: polityczną i instytucjonalną. Ta pierwsza polega na tym, że zaczyna mu się sypać większość w Sejmie. Takie rzeczy zdarzają się w demokracji parlamentarnej. Sypiącą się większość można uratować za cenę pewnych koncesji, to się udaje, lub nie - sytuacja dość rutynowa. Inaczej rzecz się ma z barierą instytucjonalną. Skoro niby-Trybunał jest uznawany za Trybunał, to jego wykładnia Konstytucji jest święta aż do czasu zmiany Konstytucji. Nie można ani nie wydrukować jego wyroku, ani nie znowelizować następnie ustawy uznanej za niekonstytucyjną, i to tylko w zgodzie z duchem wyroku. Tymczasem inicjatywa prezydenta Dudy idzie w przeciwnym kierunku, bo mamy na ulicach setki tysięcy ludzi w czasie wielkiego nasilenia pandemii. Czegoś takiego w demokracji liberalnej zrobić nie sposób. Pan Prezes zrobić to może, ale i tak ma tęgi kłopot. Otóż, tutaj mści się polityczne opanowanie Trybunału i przekształcenie go w gremium usługowe w stosunku do oczekiwań władzy politycznej. Teraz PiS, żeby się politycznie cofnąć, musiałoby powiedzieć niby-Trybunałowi, że jest właśnie niby-Trybunałem, a więc obnażyć sens operacji zniszczenia tej instytucji na przełomie 2015 i 2016 roku.

Jakie wyjście z tej pułapki znajdzie Pan Prezes? W każdym wypadku trzeba będzie zapłacić. Żeby się skutecznie cofnąć politycznie i uratować sypiąca się większość, trzeba skończyć z mistyfikacją niby-Trybunału jako Trybunału. Żeby uratować tę mistyfikację, trzeba zapłacić, co najmniej, dalszym osłabieniem spoistości swojego obozu politycznego, a być może utratą większości.

Duch liberalnej demokracji w ten przedziwny sposób upomniał się o swoje.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne