Reklama

Reklama

Wygrali "native digital"

Aleksander Kwaśniewski przywołał we wczorajszej "Gazecie Wyborczej" trafne rozróżnienie (ukute przez jakiegoś amerykańskiego autora). Wedle tego konceptu, nowoczesne społeczeństwo dzieli się na "native digital" i "immigrant digital". Generacja "native" to ci, którzy (głównie z racji wieku) czują się w nowych technologiach komunikacyjnych jak ryby w wodzie; generacja "immigrant" to ci, którzy wprawdzie z konieczności posługują się tymi technologiami, ale to nie jest ich naturalny świat.

Różnica nie polega jednak wyłącznie na biegłości używania tych wszystkich nowych narzędzi facebookopodobnych. Ona polega na innym postrzeganiu świata w ogóle, wygenerowanym przez częste przebywanie w świecie wirtualnym, a nie w świecie gazet czy książek.

Kwaśniewski - ale i Komorowski - należy do generacji "immigrant digital", Duda - do generacji "native digital". Prezes PiS-u, który wystawił, a chyba nawet wymyślił Dudę, w ogóle nie mieści się w tym podziale, należy do generacji sprzed rewolucji cyfrowej, a mimo to wystawiony (czy wręcz wymyślony przez niego) kandydat zwyciężył w rywalizacji z kandydatem partii prezentującej się jako nowoczesna, europejska, pragmatyczna i co tam jeszcze chcecie.

Reklama

Andrzej Duda pokonał Bronisława Komorowskiego, bo mówi językiem młodych, bo posługuje się na co dzień narzędziami, którymi posługują się młodzi. Któraś z gazet napisała, że Duda np. nie zawracał głowy swoim współpracownikom ze sztabu pytaniami w rodzaju, jaki jest program na jutro, bo sam to na bieżąco sprawdzał w swoim smartfonie, sam obsługiwał swoje konto na Twitterze.

I - znowu - nie chodzi o to, że facet nabył pewną sprawność techniczną, której nie ma jego konkurent, tylko o to, że będąc za pan brat ze światem wirtualnym posługuje się kategoriami postrzegania, rozumienia i opisu rzeczywistości właściwymi dla tego świata. I - siłą rzeczy - lepiej rozumie sytuację młodych, którą najlepiej streszcza słowo prekariat.

Naturalnie sam doktor Duda jest człowiekiem sukcesu i jako taki mógłby być postacią ze spotu reklamowego Platformy Obywatelskiej. Ale doktor Duda abstrahował od tego, że sam nie lęka się o swoją przyszłość, a potrafił się zaprezentować młodym wyborcom jako ten, który bardzo dobrze zna to poczucie lęku - tak dojmujące w pokoleniu dorosłej młodzieży.

Co z tego wynika dla kampanii wyborczej Prawa i Sprawiedliwości do parlamentu? Wynika stąd trudność pogodzenia stawki na objęcie urzędu premiera przez Jarosława Kaczyńskiego ze stawką na zdobycie większości parlamentarnej.

Mówiąc inaczej, formułuję  tezę, że Duda wygrał dlatego, że nie afiszował się z prezesem swojej partii ani z tymi hasłami, które odruchowo kojarzą się od wielu lat z Jarosławem Kaczyńskim. Duda nie mówił (chyba że był pytany, ale wtedy udzielał odpowiedzi stonowanych) o zamachu smoleńskim, o układzie, o IV RP. Mówił za to daniu ludziom nadziei, o zmianie, o niższych podatkach. Stawiał niekiedy postulaty niemądre (np. obniżenie wieku emerytalnego), ale nie było w jego przekazie nic, co by się dało utożsamić z klasycznym przesłaniem PiS-u.

Tak to wymyślili stratedzy jego kampanii i wyborcy przyznali im rację. Ciekawe, na ile prezes Kaczyński był przekonanym zwolennikiem tej strategii, na ile zaś jej biernie uległ. Jeśli PiS chce zwiększyć szanse na sukces jesienią, powinien więc trzymać się strategii z wyborów prezydenckich.

Inne ciekawe pytanie jest takie: czy po - załóżmy - zwycięskich wyborach, w wyniku których Prawo i Sprawiedliwość będzie tworzyć rząd, na jego czele stanie Jarosław Kaczyński, który nie kojarzy się z taką uśmiechniętą twarzą PiS-u? Kaczyński, który zapewne nie realizowałby takiego mało PiS-owskiego programu.

Jest oczywiste, że Platforma będzie na tych sprzecznościach PiS-u budować swoją kampanię.

Roman Graczyk     

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje