Reklama

Reklama

​Wolne sądy, sprawiedliwość, wolna prasa

Nowelizacje ustaw o Sądzie Najwyższym i o ustroju sądów powszechnych, które większość parlamentarna chce uchwalić, o ile nie zostaną w ostatniej chwili radykalnie zmienione, będą ciosem w niezależność władzy sądowniczej. Stąd nazywanie ich kagańcowymi jest właściwe. Niezależnie od tego, jak bardzo przesadzone byłyby reakcje na te zamiary, taka legislacja nie broni się w polskim porządku konstytucyjnym, ani w porządku prawnym Unii Europejskiej, który - przypominam - nie jest czymś Polsce narzuconym, lecz czymś, do czegośmy dobrowolnie przystąpili.

Politycy większości oraz sprzyjający jej komentatorzy powiadają, że te zamiary to tylko przywołanie do porządku sędziów, którzy wdają się w politykę, a to do nich nie należy. To nieprawda. Celem planowanych zmian jest karanie sędziów za to, że używają legalnych narzędzi procesowych (jak pytanie prejudycjalne) dla wykonywania swoich zawodowych obowiązków. To nie jest polityka, tylko traktowanie serio obowiązującego prawa w celu utrzymania niezależności sądownictwa. Tak, należy bronić wolnych sądów.

Reklama

Ale czy należy bronić całości orzecznictwa polskich sądów w minionym trzydziestoleciu? Z pewnością nie. Polskie sądy nie zdały egzaminu w zakresie rozliczenia zbrodni komunistycznych. W sprawach takich jak zabójstwo górników z kopalni "Wujek" skazano tylko bezpośrednich wykonawców, ale nie tych, którzy wydawali rozkazy. Procesy generałów Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka ciągnęły się w nieskończoność, aż oskarżeni zmarli. Wykorzystano wszystkie możliwe kruczki prawne, ażeby ich nie osądzić. Może wszystko to mieści się w KPK, ale czy na tym naprawdę polega sprawiedliwość? W sprawach złodziejskiej prywatyzacji warszawskich kamienic sądy tolerowały stan prawnej fikcji, polegający na tym, że podejmowano działania ze skutkiem prawnych w imieniu spadkobierców mających po 120 lat i więcej.

Jak zawsze w Polsce, także i w tym sporze mamy dwa warowne obozy, a ich żołnierze mają na nieprosty ten problem spojrzenie zero-jedynkowe: my mamy 100 procent racji, oni mają jej zero procent. Niekiedy prowadzi to myślenie do sytuacji zabawnych. "Gazeta Wyborcza" tak bardzo nie lubi Jana Śpiewaka, który od lat dowodzi dysfunkcjonalności wymiaru sprawiedliwości, że postanowiła skarcić go na okoliczność wyroku skazującego go za zniesławienie. Trudno rozumieć to inaczej, jak uznanie moralnej prawomocności art. 212 KK (zniesławienie) mimo że wcześniej ta sama gazeta - jak, zresztą, ogół dziennikarzy - wielokrotnie opowiadała się za usunięciem tego przepisu z kodeksu karnego. Cóż, kiedy życie niesie niespodzianki i nagle art. 212 okazał się przydatny. Każdy to zrozumie, prawda?

Roman Graczyk  

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy