Reklama

Reklama

Wojtek

Była jesień roku 1978, może 1979. Polska gierkowska. Ponieważ interesowałem się drukami bezdebitowymi, moja koleżanka Małgosia Gwiazdecka, która studiowała w Krakowie, ale pochodziła z Warszawy zapytała mnie, czy chciałbym się zająć kolportażem warszawskiej bibuły w Krakowie.

Pojechałem do Warszawy, tam spotkałem się z jej koleżanką Anią Engelking, która pośredniczyła w kontakcie z człowiekiem, z którym miałem współpracować. Ania przedstawiła mnie chłopakowi drobnej postury, długowłosemu, z burzą kręconych, a na dodatek bezładnie zmierzwionych włosów - to był Wojtek Borowik.

Reklama

Wiedziałem o nim wtedy tyle, że rozprowadza książki i broszury Niezależnej Oficyny Wydawniczej, a także innych warszawskich pozacenzuralnych wydawnictw. Był kimś w rodzaju hurtownika, a ja odtąd jako jego kooperant miałem być kimś w rodzaju detalisty. W każdym razie wtedy, poprzez jego osobę, zetknąłem się po raz pierwszy z poważną konspirą. Nie wiem dlaczego, nie było po temu poważnych powodów, ale intuicyjnie wyobrażałem sobie, że spotkam człowieka w typie wojskowym - w rzeczywistości przyszedł gość do szpiku kości cywilny. Spodziewałem się jakiegoś osiłka, a przyszedł ktoś bardzo szczupły, wręcz wychudzony.

No i sądziłem, że przyjdzie na to spotkanie jakiś ważniak, robiący mądre i tajemnicze miny, a przyszedł człowiek skromny, bezpośredni i delikatny. Mówił zawsze spokojnie, łagodnym, wręcz kojącym głosem. Z tymi długimi blond włosami, pociągłą twarzą i szczupłą sylwetką ten, bądź co bądź, zawodowy rewolucjonista, jawił mi się jako Anioł Konspiry.  

Do Sierpnia spotykaliśmy się bez ostentacji, ale też bez szczególnego dbania o to, by pozostać niezauważonymi. Często w kawiarni, to był chyba koktajl-bar na parterze wielkiego bloku przy ulicy Prostej, gdzie Wojtek mieszkał. Ja dyskretnie wręczałem mu pieniądze z rozliczenia poprzedniej partii bibuły, on przekazywał mi nową partię - było tego dużo, zawsze potrzebowałem wielkiej torby, a towar ważył pewnie z 10 kg. Sprawa była załatwiona w 5 minut i można było się rozejść. Ale wtedy on zawsze, rytualnie, pytał: "Ale, powiedz, proszę, co w Krakowie?".

Prawdę mówiąc, nie zawsze miałem coś ciekawego do powiedzenia o tym, co w Krakowie. Ale to był w wykonaniu Wojtka tylko jak gdyby zwrot grzecznościowy, żeby rozpocząć konwersację. Z czasem poznaliśmy się lepiej, zawiązywały się nici wspólnych znajomości i wspólnych przyjaźni. Wojtek zawsze pytał o tych wspólnych znajomych i nie miałem wrażenia, że są to pytania konwencjonalne. Pytał, bo mu na nich naprawdę zależało. Tak więc od, lepszej czy gorszej, odpowiedzi na pytanie "A co w Krakowie?", przechodziliśmy do wielu następnych. On był działaczem ruchu KOR-owskiego, ważna figurą NOW-ej, więc pytałem go o politykę (jakkolwiek nie byłaby ona wtedy niepolityczna), on nie uchylał się od tego, ale w gruncie rzeczy interesowali go ludzie.

Wojtek był osobowością specjalnego rodzaju: w stosunku do komuny był w awangardzie sprzeciwu, wtedy gdy się poznaliśmy i później po 1986 r., kiedy rozważano różne strategie dogadania się "z Czerwonym". A równocześnie był tak łagodny w obejściu. Nie wiem, jak rozmawiał z SB-ekami na przesłuchaniach, ale przypuszczam, że właśnie tak: twarda odmowa udzielenia odpowiedzi na zadawane pytania, a zarazem ujmująca uprzejmość.

Wojtek był na tyle ważną figurą w przedsierpniowej opozycji i potem w ruchu "Solidarności", że spokojnie mógł po 1989 r. spożywać frukta tej swojej mołojeckiej sławy. Jednak wcześnie zauważył, że wielka rzesza anonimowych działaczy pozostaje na marginesie. To był margines pozycji materialnej i zawodowej, a często także margines społecznego uznania. Powszechnie wiadomo, że jako prezes Stowarzyszenia Wolnego Słowa wywalczył ustawy, które po latach dawały tym anonimowym i niedocenionym ludziom jakąś satysfakcję i jakieś minimalne poczucie materialnego bezpieczeństwa.

Kiedyś, parę lat temu, rozmawialiśmy w Warszawie, w siedzibie SWS-u. Był rozgoryczony na tych kolegów z konspiry, którzy zrobili w wolnej Polsce wielkie kariery i zapomnieli o tych, którym powiodło się gorzej. Wojtek był srogi we współczesnych ocenach tych ludzi, ale gdy mówił o dawnej wspólnej walce nie ukrywał swojej dla nich adoracji. Nie miał tej fatalnej, a tak rozpowszechnionej, cechy charakteru, która sprawia, że współczesny spór każe pisać historię na nowo.

Kilka tygodni temu rozmawialiśmy przez telefon. Po omówieniu jakiejś bieżącej sprawy, Wojtek wspomniał Pabla Witkowskiego, właśnie nagle, i niewątpliwie przedwcześnie, zmarłego na ulicy w Krakowie, a także Radka Nowaka, który wiele lat temu zmarł w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Powiedział: "Wiesz, mam takie dziwne wrażenie, gdy tylu naszych kolegów już nie żyje. Przecież, do diabła, nie jestem jeszcze stary".

Nie był stary. A swoim entuzjastycznym, może trochę naiwnym, sposobem bycia wręcz był tak młody jak ten chudzielec ze zmierzwionymi blond włosami w koktajl-barze przy Prostej.

Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne