Reklama

Reklama

​Walka o Senat: Kłamstwo wróciło rykoszetem

Okazało się, że wybory z 13 października nie skończyły się ani 13 października, ani nazajutrz, gdy Państwowa Komisja Wyborcza ogłosiła ich wyniki. Prawo i Sprawiedliwość nie pogodziło się z utratą Senatu na rzecz dotychczasowej opozycji, złożyło protesty, będą one procedowane.

Na pozór wszystko jest lege artis. Gdy są wątpliwości, powinien je rozstrzygnąć niezależny organ kontrolujący wybory. Ale tylko na pozór. I tu wraca problem licznych zamachów na Konstytucję, jakich dopuściła się partia rządząca w minionym czteroleciu, a wśród nich tego dotyczącego KRS. Swoją drogą to jeszcze jeden przyczynek do dyskusji o tym, czy wybory z 13 października były demokratyczne.

Reklama

Otóż nie wystarczy, że ludzie pójdą do urn i zagłosują. W Uzbekistanie i w Kirgizji też ludzie chodzą masowo i głosują. Ważne jest otoczenie instytucjonalne, które sprawia, że są gwarancje uczciwych wyborów, czy też tych gwarancji nie ma. Pisałem tu tydzień temu, że rola mediów publicznych (szczególnie telewizji) w naszych wyborach parlamentarnych nie spełniała standardów. Na ile zostały przez to zdeformowane wyniki, trudno precyzyjnie policzyć, ale że zostały, to dla nikogo, kto myśli, nie powinno być wątpliwe. Notabene Konfederacja zgłosiła protesty wyborcze z uzasadnieniem, że manipulacje TVP (w tym niewykonywanie wyroków sądowych) w trakcie kampanii zaniżyły wynik jej kandydatów i podała przykłady okręgów, gdzie jej kandydaci przegrali mandat o kilkadziesiąt głosów. Na zdrowy rozum jest to argumentacja przekonująca. Ale jak to rozstrzygnie sąd, czy nie orzeknie, że nie da się policzyć tej straty poprzez wyrażenie jej w głosach, które byłyby padły na Konfederację, gdyby TVP nie manipulowała? Nie zdziwię się, jeśli tak będzie, nasze sądy często chowają się za przepis, żeby tylko - broń Boże! - nie orzec, że doszło do oczywistej krzywdy. A przecież gołym okiem widać, że jest związek przyczynowo-skutkowy między wynikiem Konfederacji a dezinformacją TVP. Gdyby stratedzy PiS zakładali, że to tak nie działa, przecież partia rządząca nie mianowałaby do TVP specjalisty od manipulowania prawdą, Jacka Kurskiego.

Ale - naturalnie - problem z Senatem jest inny. Mniejsza o to, że PiS złożył te protesty nie natychmiast po ogłoszeniu wyników lecz po tym, jak nie udało mu się politycznie skorumpować przynajmniej dwóch nowo wybranych senatorów, reprezentujących opozycję bądź niezależnych. Mniejsza o to, że złożone protesty nie kwestionują w danych komisjach wyborczych wyników do Sejmu, a tylko wynik do Senatu, a przecież jeśli było fałszerstwo, to dlaczego fałszowano by tak selektywnie? Mniejsza o to, że uzasadnienia protestów są wątłe, bo wskazuje się w nich tylko małą różnicę głosów między zwycięzcą, a kandydatem PiS-u, i dużą liczbę głosów nieważnych. To co jest tu naprawdę ważne, to niekonstytucyjność organu, który będzie oceniał protesty.

Jest oczywiste dla każdego, kto umie czytać Konstytucję ze zrozumieniem (co tu oznacza czytać całość artykułu 187, p.1), że tzw. Krajowa Rada Sądownictwa obecnie urzędująca jest organem imitującym Radę powołaną zgodnie z przepisami Konstytucji. Ergo powołani przez tzw. KRS członkowie nowo utworzonej Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego, nie mają prawa tam zasiadać. Inaczej mówiąc, cała Izba jest - od strony składu personalnego - bytem niekonstytucyjnym. Pomijam już jakość personelu, dla uproszczenia załóżmy, że zasiadają tam same orły intelektu i do tego ludzie kryształowo uczciwi (czyli zupełnie inaczej niż p. Piebiak i S-ka, z tego samego przecież  naboru). No więc załóżmy, że to są ludzie pod każdym względem znakomici. OK, tylko mają taki problem, że  z prawnego punktu widzenia oni po prostu nie są sędziami SN. Koniec i kropka.

Wydaje się niemal przesądzone, że wyrok TSUE w sprawie tzw. KRS, który ma być ogłoszony 19 listopada, będzie dla niej miażdżący. Tym samym będzie miażdżący dla 100 procent personelu sędziowskiego IKNiSP Sądu Najwyższego.

Takie jest więc otoczenie instytucjonalne ostatnich wyborów. Również dlatego głośne zachwyty, że dzień 13 października udowodnił, że "demokracja w Polsce ma się bardzo dobrze" przyjmowałem z pewnym sceptycyzmem. Teraz, kiedy PiS zagrał protestami, które ma rozsądzić nowa izba SN, mój sceptycyzm wydatnie się powiększył. Ale tylko w tym sensie, że partia rządząca postanowiła skorzystać z instytucji pochodzącej - że się tak niemodnie wyrażę - z nieprawego łoża. Natomiast ta instytucja - tak, czy tak - już była. W gotowości do użycia.  

Na tym polega rozmontowywanie ustroju demokratycznego, a budowanie ustroju władzy arbitralnej. To, czy do wyborów poszło mało, czy - jak 13 października - dużo ludzi, nic w tym nie zmienia.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama