Reklama

Reklama

Ukraina - trzy znaki zapytania

Dobrze, że polscy politycy byli w ostatnich dniach na Majdanie w Kijowie. Niedobrze, że niektórzy z nich - a za nimi część opinii publicznej - uważa kwestię ukraińską za oczywistą, wedle schematu: złe postsowieckie władze kontra dobre proeuropejskie społeczeństwo ukraińskie. Za pomocą tego schematu nie objaśnimy wszystkich ważnych kwestii dotyczących ewentualnego związania się w przyszłości Ukrainy z Unią Europejską.

W objaśnianiu sytuacji ukraińskiej operujemy zbyt często twierdzeniami  apriorycznymi, bez należytego ich ugruntowania w rzeczywistości. Twierdzi się na przykład, że prezydent Janukowycz wykonał zaskakującą  woltę. Że wszystko było gotowe do podpisania umowy o stowarzyszeniu, a zatem odmowna decyzja Janukowycza tłumaczy się jedynie jego postsowieckimi uwarunkowaniami. W tym kontekście ocenia się tę decyzję jako niemal zdradę interesów Ukrainy.

Reklama

Po pierwsze, nie nam oceniać w tych kategoriach, to sprawa Ukraińców. Po drugie, i ważniejsze, twierdzenie, że decyzja Janukwycza była niezrozumiała, ignoruje podstawowy fakt, jakim jest bardzo silne uzależnienie gospodarki ukraińskiej od gospodarki rosyjskiej oraz łatwość sterowania gospodarką rosyjską dla celów politycznych.

Ukraina stanęła przed realną groźbą zamknięcia dla jej produktów rynku rosyjskiego. Dla Rosji, kierującej się nie logiką gospodarczej racjonalności, ale politycznej skuteczności, taki krok jest możliwy, dla Ukrainy byłby zabójczy. Być może więc ma rację eurodeputowany Paweł Zalewski (PO, PPE), gdy twierdzi, że oferta unijna dla Ukrainy nie była dość szczodra i nie była w stanie zrównoważyć prawdopodobnych strat wywołanych zamknięciem rosyjskiego rynku.

Twierdzi się także, że Ukraina jest zdecydowana wejść w przyszłości do Unii Europejskiej. Nawet biorąc w nawias ten drobiazg, że - jak widać było w Wilnie - nie są na to zdecydowane jej władze, i tak twierdzenie to pozostaje gołosłowne.

Gdy Polska podpisywała pod koniec 1991 r. umowę stowarzyszeniową z Unią, przemiany strukturalne w naszym kraju dostrzegalne były gołym okiem, a wszystkie nasze elity polityczne i ogromna większość społeczeństwa opowiadała się za tą opcją. To było - przypomnę - półtora roku po załamaniu się u nas ustroju komunistycznego. Podobnej sytuacji - z górą 20 lat po załamaniu się tam komunizmu - nie mamy dziś na Ukrainie.

Ukraina wciąż nie odrobiła zadania domowego, a nawet wielu zadań domowych, wyznaczonych jej przez Brukselę. Ma wysoki poziom korupcji i wysoki  poziom monopolizacji gospodarki, za to niski stopień sprawności jej instytucji politycznych i przestrzegania praw człowieka. Dowodem tego drugiego jest uwięzienie polityka przechodzącego do opozycji - to kamyczek do ogródka ukraińskiej władzy.

Ale takim samym dowodem niedojrzałości demokracji jest domaganie się dziś przez opozycję ustąpienia prezydenta. Zachód tego nie lubi, zakładając słusznie, że władza może być dobrze lub źle oceniana, ale musi istnieć powszechna zgoda co do tego, że szanuje się procedury, np. długość kadencji. Jeśli dziś opozycja wymusiłaby ustąpienie Janukowycza w toku mandatu, jaka jest gwarancja, że za kilka lat "niebiescy" nie wymuszą ustąpienia w toku mandatu jego następcy?

Twierdzi się w końcu, że przyjęcie Ukrainy do UE (to w przyszłości, a dziś zgoda na jej stowarzyszenie się) to jest dla polityków unijnych jedynie kwestia dobrej woli i politycznej wyobraźni. W rzeczywistości sprawa wcale nie jest, z punktu widzenia Brukseli, oczywista.

Jak wiadomo, proces rozszerzania Unii stoi w naturalnej sprzeczności z procesem jej wewnętrznego integrowania się. Chodzi tu o integrację we właściwym sensie (u nas przyjęło się określać mianem "integracji" akcesję jakiegoś kraju do UE, co nie jest z tamtym tożsame). Zatem wewnętrzne integrowanie się Unii to zwiększanie się liczby wspólnych polityk prowadzonych wprost przez Komisję, takich jak rybołówstwo czy cła, ale także zwiększanie się liczby decyzji podejmowanych wspólnie przez ministrów 28 krajów członkowskich. Wiadomo, że im więcej członków, tym takie wspólne decydowanie jest trudniejsze. Tym bardziej wtedy, jeśli nowi członkowie wyraźnie odbiegają poziomem rozwoju gospodarczego od starych.

Jakimś rozwiązaniem tego problemu jest "unia w Unii", a więc różnego rodzaju projekty wzmocnionej współpracy pomiędzy wybranymi państwami - tymi, które są gotowe prowadzić bardziej zintegrowane polityki. Taką próbą jest niewątpliwe strefa euro - dziś przeżywająca kłopoty, ale w przyszłości mogąca być platformą rzeczywistej szybkiej integracji.

Co to oznacza dla Polski? Jeśli bylibyśmy gotowi wejść na ścieżkę szybkiej integracji, w tym do strefy euro, wtedy rozcieńczenie integracji w "dużej" Unii, zredukowanie jej do czegoś, co niewiele wykracza poza zasady strefy wolnego handlu, specjalnie by nas nie martwiło. Skoro jednak - jak wiele na to wskazuje - nie jesteśmy teraz i nie będziemy w następnych latach tym bardziej (pod władzą PiS) gotowi tam wchodzić, to jakość "dużej" Unii nie powinna być nam obojętna. Tu widzę sprzeczność, z której stratedzy naszej polityki europejskiej, po stronie władzy, ale i po stronie opozycji, powinni się wytłumaczyć.

Roman Graczyk  

Dowiedz się więcej na temat: Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje