Reklama

Reklama

Tusk do Brukseli: Problem, ale inny niż myślicie

Niezbyt rozumiem ożywienie towarzyszące zapowiedziom ewentualnej przeprowadzki Donalda Tuska do Brukseli. Po pierwsze dlatego, że to nic pewnego. Po drugie dlatego, że nawet jeśli tak by się stało, pozycja Polski od tego tak bardzo nie wzrośnie, jak się z pozoru wydaje.

Nie dziwię się z kolei, że odejście Tuska z krajowej polityki, tak wiele by w niej zmieniło, ale to jest demokratyczna anomalia. Dużo się mówi o tych zmianach, mało zaś o specyfice naszego systemu partyjnego w tym kontekście. Jak zawsze, ludzie chcą czytać o personaliach, ale ważniejszy jest system.

Reklama

Zatem, co do pierwszego. Nic nie jest w tej sprawie w Unii przesądzone. Tusk albo będzie tym szefem Rady Europejskiej, albo nie będzie, na dwoje babka wróżyła. Stawiałbym raczej na to, że nie będzie - z tej prostej przyczyny, że szefowie najważniejszych unijnych rządów (a to oni mają w tej sprawie decydujący głos) będą obawiać się nominacji na to stanowisko kogoś, wobec kogo Władimir Władimirowicz może zmarszczyć brew.

A może zmarszczyć, bo dawniej Tusk był dla niego miły, a od Majdanu już taki miły nie jest. Z łatwością znalazłoby się wśród europejskiej klasy politycznej kogoś bardziej gładkiego. Tak więc za wcześnie na dzielenie skóry na niedźwiedziu.

Co do drugiego. Przed poprzednimi wyborami przewodniczącego Rady krążyła po Unii opinia, że czas skończyć z unijnym rozmemłaniem i skoro już jest stały przewodniczący (to była nowość z traktatu lizbońskiego), niech to będzie ktoś z politycznej wagi ciężkiej. W tym kontekście mówiło się np. o byłym  brytyjskim premierze Tonym Blairze.

Ta opinia krążyła, ale w końcu została wyparta przez inną: że z tym europejskim rozmemłaniem i tak nie da się nic zrobić, więc trzeba na stanowisko szefa Rady wybrać kogoś bardzo biegłego w meandrach unijnej polityki, ale zarazem kogoś bez własnego ciężaru politycznego. I tak wybrano Hermana von Rompuya.

Obawiam się, że dziś przeważa ciągle ta sama opinia i szuka się kogoś takiego. Tusk, jeśli nawet byłby wybrany, będzie zatem musiał spełniać taką - usługową, nie twórczą w istocie - rolę. Tego będą od niego oczekiwać najważniejsi przywódcy. Dla Polski to byłby - owszem - honor, tak jak było nim stanowisko przewodniczącego Parlamentu Europejskiego dla Jerzego Buzka, ale niewiele więcej.

I w końcu rzecz najważniejsza: choroba polskiego systemu partyjnego. Właśnie ten przykład - hipotetyczne odejście Tuska - pokazuje, jakie ta choroba poczyniła postępy. Czyli: jak bardzo zdegradowała polską politykę.

W normalnych partiach w kraju demokratycznym jest jakieś życie wewnątrzpartyjne, jakieś dyskusje programowe, jakieś grupy interesów - często zinstytucjonalizowane pod postacią frakcji partyjnych. Szef partii jest oczywiście ważną figurą (i powinien nią być), ale nie tak ważną, żeby jego odejście kompletnie dezorganizowało partię. A tu mamy właśnie taką sytuację. Podobną mamy zresztą w PiS.

System partyjny jest krwioobiegiem demokracji parlamentarnej. Jeśli partie przybierają postać ni to korporacji, ni to dworu wezyra, i jeśli dotyczy to dwóch najważniejszych partii na scenie politycznej, to mamy naprawdę  duży problem.

To warte jest debaty.

Roman Graczyk    

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy