Reklama

Reklama

Tour de France: Prawda jest straszna

Komisja francuskiego Senatu ogłosiła raport na temat dopingu w Tour de France. Potwierdziły się przecieki na temat tego dokumentu, które krążyły "w powietrzu" jeszcze przed tegoroczną edycją wyścigu.

Wtedy przecieki mówiły, że w TdF w 1998 r. zakazany środek EPO stosował gwiazdor francuskiego kolarstwa, Laurent Jalabert. I tak było - powiada ten raport - ale było i gorzej: szprycowali się w owym wyścigu: jego zwycięzca - Marco Pantani (zmarł w roku 2004 z przedawkowania narkotyków), a także drugi w klasyfikacji generalnej - Jan Ullrich, najlepszy sprinter tego wyścigu - Erik Zabel i wielu innych.

Reklama

Raport miał być ogłoszony 18 lipca, którą to datę jednak ostatecznie przesunięto tak, by czarna lista (bo tego się spodziewano) nie zbiegła się w czasie z "królewskim etapem" tegorocznego Tour de France. Dlaczego królewskim? Bo biegnącym z Gap do Alpe-d’Huez (172 km) - etapem z sześcioma górskimi premiami, w tym z dwoma podjazdami pod kultową górę Alpe-d’Huez (ok. 13 km podjazdu ze średnim przewyższeniem ponad 8 proc.).

Kto czuje choć trochę kolarstwo, ten wie, że to był etap morderczy, a zarazem święto kolarstwa. Zwyciężył Christophe Riblon i naprawdę było to zwycięstwo w pięknym stylu, zwycięstwo o jakim każdy zawodowy kolarz marzy: Riblon dogonił na kilka kilometrów przed metą Amerykanina Tejay’a Van Garderena, minął go z łatwością i samotnie pomknął do mety, jakby na skrzydłach, chociaż kilka kilometrów wcześniej sam przeżywał ciężkie chwile. Ale pokonał je, w pewnym sensie pokonał siebie samego, a dopiero potem rywala. To jest cały smak kolarstwa.

Otóż nie chciano psuć tego święta przez publikację raportu, o którym już wiedziano, że będzie zawierał informacje niszczące legendę kolejnych wielkich nazwisk w zawodowym peletonie (jak Jalabert), albo dobijące tych, którzy już byli "umoczeni" (jak Ullrich). Święto zostało uratowane. Ale tylko na chwilę.

Dziś problemem podstawowym zawodowego kolarstwa jest kwestia jego  wiarygodności (prawdę mówiąc, nie tylko kolarstwa, ale mniejsza teraz o szczegóły). Tegoroczny zwycięzca TdF, Christopher Froome, jest czysty. Na razie. Raport (nie on pierwszy) opierał się bowiem na tym, że próbki pobrane od kolarzy znacznie wcześniej, kiedy obecność zabronionych substancji była jeszcze niewykrywalna, zostały przebadane po wielu latach, wtedy, gdy wykrywalność EPO (bo o nią tu chodzi) była już technicznie możliwa. Dziś Froome tryumfuje i zapewnia, że jest czysty, ale czy za kilka lat pobrane teraz od niego próbki nie ujawnią obecności dopingu?

Ktoś powie, że w takim rozumowaniu tkwi mentalność policyjna: wszyscy są podejrzani, nie wszystkich udaje się (jeszcze) złapać. Uważam takie stanowisko za przewrotne.

Owszem, to bardzo przykre, że nie mamy zaufania do wielkich mistrzów, których wyczyny skądinąd oklaskujemy. Ale czy nie mamy zaufania dlatego, że żywimy do nich chorobliwą (policyjną) nieufność, czy też może dlatego, że nasze zaufanie zostało pogwałcone? Nie raz i nie siedem razy, tylko biblijne siedemdziesiąt siedem razy.

Rzeczywistość, którą pokazuje raport na temat dopingu w Tour de France (nie tylko on, ostatnio także wyznania Lance’a Armstronga i wielu innych) jest straszna. Powiedzmy wprost: prawda o zawodowym kolarstwie jest straszna! Zgoda. Ala można postawić proste pytanie: co jest lepsze od prawdy?

Roman Graczyk

Dowiedz się więcej na temat: Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy