Reklama

Reklama

Szybki ruch (baronów) SLD

Ogłoszenie wczoraj, po posiedzeniu zarządu SLD, przez Leszka Millera propozycji list wyborczych pod nazwą SLD - Lewica Razem, oznacza koniec współpracy z partią Janusza Palikota. Dodajmy: współpracy dopiero co rozpoczętej po dłuższym okresie wzajemnego obrzucania się inwektywami.

Obaj liderzy chyba za sobą nie przepadają, a ponieważ obaj używają wyrazistego języka, przez kilka lat słyszeliśmy, a to od Palikota, że Miller ma na rękach krew polskich żołnierzy wysłanych do Iraku, a to od Millera wdzięczne "naćpana hołota" pod adresem palikotowców. Dlatego niedawna (po ujawnieniu przez "Wprost" podsłuchów polityków "Platformy") spektakularna zapowiedź liderów SLD i Twojego Ruchu o podjęciu politycznej współpracy wydawała się tak egzotyczna.

Reklama

Taka współpraca wydawała się niemożliwa, a oświadczenie liderów wskazywało na próbę odgórnego załatwienia problemu, którego korzenie tkwią głęboko na dole. I widzieliśmy następnie symptomy tego napięcia. Było niepowodzenie inicjatywy Jolanty Banach w Gdańsku, które pokazało silną niechęć lokalnych struktur SLD do ustępowania innym miejsca na listach kosztem partyjnego aparatu. Były naciski baronów SLD-owskich na Millera, by porozumienie z Palikotem anulować. I tak się stało wczoraj, bo oferta SLD-owska nie jest zaproszeniem satysfakcjonującym dla Twojego Ruchu i nic dziwnego, że Palikot i Andrzej Rozenek zareagowali na tę propozycję gniewnie.

Na czym polega ta fundamentalna (nie taktyczna) trudność w dogadaniu się obu lewicowych partii? Moim zdaniem, jak większość istotnych zjawisk w polskiej polityce, na różnicach kulturowo-światopoglądowych. To one decydują o ostrości sporu między PO a PiS-em, i one uniemożliwiają współpracę na lewicy.

SLD to lewica postkomunistyczna, co ma swoje aż nadto widoczne wady, ale ma też jedna zaletę: to nie są ludzie kroczący w awangardzie obyczajowego postępu. Legalizacja marihuany nie jest ich postulatem, podobnie jak legalizacja homoseksualnych związków partnerskich. SLD to - jednak! - partia, która poczuła już brzemię władzy i wie, że są pewne państwowe konieczności, np. te wynikające ze zobowiązań sojuszniczych Polski. Dla ludzi Palikota takie rzeczy są abstrakcją. Ludzie SLD, choć przeważnie ateiści, rozumieją też, że Kościoła katolickiego nie da się, tak ot sobie, wyrugować z Polski, palikotowcom wydaje się to możliwe. Posunąłbym się nawet do twierdzenia, że dla części przywódców SLD Kościół jest zarazem (chociaż się z nim często gruntownie nie zgadzają) jakoś cenny jako stabilizator życia społecznego; dla palikotowców jest tylko feudalno-średniowiecznym złogiem, który trzeba jak najszybciej wyrugować.

To wszystko nie są błahe różnice. Leszek Miller, który jest politykiem dużego formatu, wie przy tym, że porozumienie z Palikotem byłoby dla jego partii witalnie ważne, bo w naszym systemie wyborczym (a tym bardziej po reformie prawa wyborczego, która wejdzie w życie przed jesienną rywalizacją o gminy, powiaty i województwa) istnieje bardzo silna premia za jedność i bardzo silna kara za kurczowe trzymanie się własnych opłotków. Wie to, więc musi odczuwać gorycz demokratycznego przywództwa w swojej partii, który to mechanizm zmusił go do zaakceptowania rozwiązania niekorzystnego dla interesów jego partii. Można sobie tylko wyobrażać, jak Miller zazdrości teraz Tuskowi, który z żadnymi baronami w PO nie musi się liczyć.

Szykuje się wyborcza klęska lewicy. Na własne życzenie.

Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje