Reklama

Reklama

Święty Boże, rasizm w Kościele!

Artur Sporniak oskarżył na łamach "Tygodnika Powszechnego" abpa Marka Jędraszewskiego o rasizm. Poszło o słowa metropolity łódzkiego w odpowiedzi na pytanie o spór doktryny chrześcijańskiej z ideologią gender: "Mogę sobie łatwo wyobrazić - powiedział abp Jędraszewski - że za jakiś czas, mam nadzieję, że sam tego nie dożyję, że w roku 2050 nieliczni biali będą pokazywani innym rasom ludzkim - tu, na terenie Europy - tak jak Indianie są pokazywani w Stanach Zjednoczonych w rezerwatach. Byli sobie kiedyś tacy ludzie, którzy tu zamieszkiwali, ale przestali istnieć na własne życzenie, ponieważ nie potrafili uznać tego, kim są od strony biologicznej".

Sporniak napisał, że skandalem jest rasistowski język w murach katolickiej świątyni (ordynariusz łódzki spotkał się z młodzieżą w jednym z pabianickich kościołów). Ów rasistowski język przejawia się, zdaniem Spornika, w użyciu terminów "biali" i "inne rasy". Osobliwe rozumowanie.

Reklama

Biskup łódzki w żadnym miejscu nie powiedział o naturalnej, biologicznej czy wrodzonej wyższości jakiejś rasy nad inną rasą. Tym bardziej nie mówił o wyższości "białych ludzi" nad ludźmi "innych ras". To byłby rasizm. Ale doszukiwanie się rasizmu w samym tylko użyciu terminu "biali ludzie" to jakaś aberracja.

Taka sama aberracja, jaka stała za pomysłem (zrealizowanym, niestety, kilka miesięcy temu) usunięcia z francuskiej konstytucji słowa "rasa". Słowo to było niewinne, skoro figurowało w takim oto kontekście: "Francja jest Republiką niepodzielną, laicką, demokratyczną i socjalną. Zapewnia równość wobec prawa wszystkich swoich obywateli, niezależnie od pochodzenia, rasy albo religii. (...)" - art. 1 Konstytucji. Otóż dla strażników poprawności politycznej takie użycie słowa "rasa" jest niedopuszczalne w wielokulturowym społeczeństwie. Zatem wykreślono je z art. 1 Konstytucji, ze wszystkich ustaw i zakazano jego używania w legislacji.

Taka sama aberracja stoi teraz za histerycznymi atakami na najnowszą książkę Alaina Finkielkrauta "L’identité malheureuse". Jej autor konstatuje rzecz łatwą do zauważenia: zanik spójności wspólnoty narodowej z tej racji, że gwałtownie rośnie liczba imigrantów, którzy nie identyfikują się, i nie chcą się identyfikować, z francuskim kodem kulturowym. Nie ma narodu (Finkielkraut ma, oczywiście, na myśli pojęcie narodu w politycznym, nie zaś etnicznym rozumieniu) bez wspólnej historii i bez wspólnych celów - powiada ten filozof. Jest to stwierdzenie oczywiste, ale różnej maści rzecznicy "płynnych tożsamości" (w tej liczbie także zwolennicy gender) atakują Finkielkrauta jako ukrytego zwolennika nacjonalizmu. To obłęd.

Obłęd dopadł też Artura Sporniaka. Dlaczego - jak pisze dziennikarz "Tygodnika Powszechnego"  - biskup nie powinien się zajmować rozważaniami  na temat przyszłości cywilizacji europejskiej wobec masowej imigracji islamskiej? Moim zdaniem, jak najbardziej powinien. Zapewne ideologia gender nie jest jedynym winowajcą tej sytuacji, ale sytuacja jest dramatyczna. Kto twierdzi, że wielokulturowość w tej odmianie, jaka realnie istnieje w bogatych krajach Europy, nie stanowi problemu dla przyszłości tego kontynentu, ten buja wysoko w obłokach. Założenie było takie, że da się "żyć razem", pomimo odmienności kultur, religii i - tak, tak: jestem rasistą wedle Spornika - ras.

No dobrze, byłoby fajnie, gdyby się dało, ale coraz bardziej widać, że to się nie udaje. Nie udaje się, bo liczne grupy imigrantów (często ich dzieci i wnuków, co ciekawe) nie tylko nie zamierzają przyjąć reguł kultury i obyczaju obowiązujących w ich nowej ojczyźnie, ale bywa i tak, że usiłują narzucić Bogu ducha winnym Anglikom, Niemcom, czy Francuzom swoje reguły. Niejeden imam z Paryża, Mediolanu czy Brukseli mówi wprost słuchającym go wiernym: waszym  celem jest utworzenie w przyszłości kalifatu francuskiego, włoskiego czy  belgijskiego. A zdarza się i tak, że słuchacz takich kazań robi to, co zrobił niejaki Mohamed Merah spod Tuluzy wiosną 2012: zabija niewiernych tylko z tego powodu, że są niewierni.

Mam dla Spornika propozycję. Niech zamieszka na miesiąc w podparyskim Clichy-sous-Bois, albo w innym przedmieściu, zasiedlonym w 80 proc. przez przedstawicieli - przepraszam za rasistowskie słowo - "innych ras", i gdzie - znowu przepraszam - "biały człowiek" ma z definicji "krzywo". Ale warunek: niech się nie barykaduje w swoim mieszkaniu, lecz próbuje "żyć razem". Niech chodzi na zakupy do pobliskiego sklepu, puszcza samopas dzieci na osiedlowy plac zabaw, acha byłoby też dobrze, gdyby hersztom miejscowego gangu handlarzy narkotyków zwrócił uwagę, że nie powinni kontrolować wszystkich wchodzących do budynku, gdzie mieści się melina. Niech Artur Sporniak to zrobi, a potem pogadamy. 

Ja rozumiem, że pismo katolickie chce przemawiać własnym głosem, a nie potakiwać we wszystkim biskupom. Podzielam tę ambicję. Ale jest jeszcze coś takiego jak zdrowy rozsądek. Zauważmy: "Tygodnik Powszechny" zarazem ocenia (głosem swojego redaktora-seniora)  jako miłego i nikomu nie szkodzącego muzyka, który tworzy takie rzeczy: http://vimeo.com/5992059, a z drugiej widzi rasizm w takiej wypowiedzi biskupa: http://www.youtube.com/watch?v=1SWUdHj9Ol8.

Granica zdrowego rozsądku została daleko z tyłu.

Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy