Reklama

Reklama

Sprawa abpa Paetza: Zanik poczucia wstydu i uwikłanie

Nie pierwszy raz piszę o sprawie abpa Paetza, niestety. Gdyby po pamiętnym oświadczeniu Watykanu w Wielki Czwartek 2002 roku, kiedy nakazano metropolicie poznańskiemu - w skrócie mówiąc - usunąć się w cień, sprawy potoczyły się w kierunku, jaki nakazuje zdrowy rozsądek i poczucie przyzwoitości, nie byłoby tematu. Ale stało się inaczej i temat - niestety - jest.

Temat ciągle jest. Wraca jak bumerag od czasu do czasu, zwykle przy okazji jakichś uroczystych kościelnych celebracji, na których, nieproszony, nagle pojawia się człowiek, którego miejsce jest - w najlepszym razie - w celi klasztoru o najostrzejszej regule.

Reklama

Dlaczego ten dewiant seksualny (tych, których dziwi słowo "dewiant", odsyłam do artykułu Jerzego Morawskiego w "Rzeczpospolitej" z 2002 r., ujawniającego aferę) ma w głowie tak, że po tym co zrobił, ma potrzebę pokazywania się towarzystwie ludzi przyzwoitych - nie wiem. Ja bym na jego miejscu włożył na głowę wór pokutny. Takie sprawy załatwia się w Kościele przy pomocy spowiednika, lepiej lub gorzej, ale nie ma powodu, żeby swoje psychiczne kompensacje abp Paetz załatwiał przy pomocy wiernych Kościoła, powodując kolejne publiczne zgorszenie.

Słowo "zgorszenie" dziś chyba niewiele znaczy, ale w czasach, kiedy coś znaczyło, opisywało sytuację, gdy czyn, uznany powszechnie za moralne zło, relatywizowano. Kiedyś, w czasach odległych i w sumie barbarzyńskich, istniała instytucja pręgierza. Pod pręgierzem stawiano kogoś, kto bardzo nagrzeszył, podkreślając w ten sposób, że ten człowiek okrył się hańbą.

Metoda była z pewnością brutalna i w naszych czasach nie ma już do niej powrotu, i słusznie. Ale mądra ewolucja instytucji społecznych od form prymitywnych do bardziej wyrafinowanych polega na tym, że pytamy, jaki był prawowity motyw dawnych form. I staramy się go przechować w naszych czasach, zmieniając formę tych instytucji. Prawowitym motywem, barbarzyńskiej skądinąd, instytucji pręgierza była niezgoda na publiczne zgorszenie.

Dziś, kiedy już nie stawiamy zbrodniarzy/grzeszników pod pręgierzem ani nie wypalamy im na czole piętna hańby, nie powinniśmy jednak wyzbywać się tego fundamentalnego motywu. Wielkie moralne zło musi być nazwane wielkim moralnym złem. Jeśli bowiem godzimy się na jego relatywizację, nieuchronnie zwiększamy liczbę ofiar przyszłych naśladowców takiego postępowania.

Jeśli godzimy się na to, żeby abp Paetz występował publicznie, jakby się nic nie stało, to automatycznie godzimy się na to, że inny biskup czy rektor seminarium urządzi sobie w podległej sobie strukturze kościelnej harem, jaki miał w Poznaniu były metropolita. Dlatego to, co robi Kościół polski w sprawie abp Paetza, jest ciągiem zaniechań, które równają się moralnej katastrofie tej instytucji.

Nawiasem mówiąc, jest to instytucja, do której sam przynależę, ale tu abstrahuję od prywatnej perspektywy, rzecz bowiem nie polega na moim prywatnym dyskomforcie jedynie, ale na rujnowaniu autorytetu publicznego. A ten autorytet to był nasz wielki kapitał społeczny, nas wszystkich, nawet tych, którzy się do przynależności do Kościoła nie poczuwali. Dlatego jego rujnowanie jest sprawą publiczną, jest niszczeniem naszych fundamentów.

Dlaczego Prymas Polski powiedział, że na obchody 1050-lecia zaproszeni są wszyscy biskupi, w tym biskupi-seniorzy, dając dewiantowi seksualnemu z Poznania pretekst, żeby kolejny raz paradować w stroju, którego nie jest godny nosić, stawać w rzędzie przyzwoitych ludzi i znowu siać zgorszenie? Dlaczego inni biskupi uznają taką formułę za dopuszczalną? Dlaczego taki stan rzeczy twa od wielu lat i potrzeba aż stanowczego listu nuncjusza papieskiego (wreszcie jakiś głos rozsądku w tym obłędzie)? Nie wiem.

Ale w tej sprawie (i paru podobnych sprawach "de sexto" w polskim Kościele) nagromadziło się tyle arogancji, tyle niezrozumienia elementarnych  rozróżnień moralnych, że naprawdę przyszedł czas, żeby walnąć pięścią w stół.

Moi PT Czytelnicy na ogół wiedzą, że tak w Interii, jak i w innych miejscach, zachowuję język umiaru. Staram się nie popadać w zbiorowe histerie, które są zmorą debaty publicznej w Polsce. Ale sens postawy umiaru dyskursu nie polega na tym, że się nie ma zdania, ani na tym, że się nie nazywa rzeczy po imieniu. Polega on jedynie na tym, że się zachowuje mocne słowa niejako w rezerwie, dla sytuacji rzeczywiście skrajnych, bo inaczej obraz rzeczywistości traci związek z samą rzeczywistością. Oceniam, że nadszedł taki moment. Amicus plato, sed magis amica veritas (Platon przyjacielem, lecz większą przyjaciółką prawda).

Abp Juliusz Paetz jest z punktu widzenia seksuologicznego dewiantem seksualnym. Nie chodzi mi tu o jego homoseksualizm, to inna sprawa, tylko o jego chorobliwą popędliwość. Tym powinien się zająć seksuolog razem z terapeutą uzależnień.

Z punktu widzenia obecnie obowiązującego kodeksu karnego jest potencjalnym (bo nie skazanym) przestępcą. W czasach gdy abp Paetz miał w Poznaniu swój harem, nadużywanie relacji zależności do wymuszania zachowań seksualnych nie było w Polsce karalne. To było wielkie zaniedbanie ustawodawcy, na szczęście dla abpa Paetza, ale teraz podobne zachowanie jest  penalizowane.

Z punktu widzenia katolickiej doktryny moralnej jest abp Paetz winien permanentnego łamania zasady celibatu. Dodatkowo jest winien permanentnego łamania zasady określającej stosunki homoseksualne jako moralnie niedopuszczalne. Dla wielu ludzi spoza Kościoła (i dla tzw. Kościoła otwartego też - zostawiam to na boku) ta okoliczność nie ma znaczenia, ale abp Paetz złożył był kiedyś śluby kapłańskie, a potem był konsekrowany na biskupa tego Kościoła, a nie jakiegoś innego, gdzie takie zasady nie obowiązują. Ten człowiek podeptał te zasady nieskończoną ilość razy i do dzisiaj zachowuje się tak, jak gdyby nie wiedział, co zrobił.

Z punktu widzenia zwykłej ludzkiej przyzwoitości jest moralnym potworem. Ma na sumieniu ciężkie skrzywdzenie wielu chłopców - młodych mężczyzn, którzy szukali w Kościele Prawdy, a znaleźli kłamstwo, przemoc,  obłudę i zmowę milczenia. Niektórzy z nich odeszli z Kościoła, inni są ciężko poturbowani psychicznie, być może do końca życia.

To naprawdę nie są błahe sprawy. Jeżeli najważniejsi ludzie w Kościele w Polsce na to od lat nie reagują tak, jak sytuacja tego wymaga, to znaczy, że muszą istnieć jakieś bardzo poważne powody tego uporczywego zaniechania. Albo nie rozumieją, jakiego kalibru zło moralne działo się  w archidiecezji poznańskiej, albo jakaś część z nich sama jest uwikłana w analogiczne sytuacje. Jeśli prawdą jest to pierwsze, to ci ludzie nie mają moralnych kwalifikacji do pełnienia swoich funkcji kapłańskich i biskupich. Jeśli to drugie, to sami powinni trafić tam, gdzie jest właściwe miejsce abpa Paetza.

Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama