Reklama

Reklama

Spór Unii z Polską: Obrona zasad

Wczorajszy dzień (4 lipca 2018, skądinąd dzień ważnej rocznicy dla Amerykanów) będzie zapamiętany przez Polaków. Tego dnia Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego przyszła do pracy, mimo że obóz rządzący ogłosił wcześniej, że Małgorzata Gersdorf stoi na czele Sądu Najwyższego tylko do 3 lipca, zaś od 4 lipca, z mocy prawa, przechodzi na emeryturę, ergo traci swoje stanowisko. Przed siedzibą SN panią sędzię Gersdorf przywitały w środę rano tysiące ludzi, wspierających ją w oporze przeciwko zmianom w sądownictwie wprowadzanym przez rząd Prawa i Sprawiedliwości, a u wejścia do budynku jej koledzy-sędziowie SN zgotowali swojej szefowej owację.

Tego samego dnia w Parlamencie Europejskim polski premier, Mateusz Morawiecki, miał przemówienie na temat przyszłości Unii Europejskiej, a po nim dyskusję z deputowanymi. Dyskusję tę zdominowały, co było w istniejącej sytuacji nieuniknione, oceny stanu praworządności w Polsce. Poranna manifestacja poparcia dla Małgorzaty Gersdorf w Warszawie stanowiła naturalne pendant dla debaty eurodeputowanych z premierem polskiego rządu.

Nie mam cienia wątpliwości, że interpretacja prawa dokonana przez p. Gersdorf jest prawidłowa. Skoro konstytucja stoi w hierarchii norm prawnych wyżej niż ustawa, nie można normą ustawową zmieniać normy konstytucyjnej, koniec i kropka. Ustawa o Sądzie Najwyższym (podobnie jak ustawy o KRS i o ustroju sądów powszechnych) zmierzają do podporządkowania sędziów władzy politycznej - to powinno być jasne dla każdego, kto ma choćby podstawową wiedzę o państwie i prawie. Tym samym presja Unii Europejskiej na Polskę jest w pełni usprawiedliwiona, skoro Polska deklaruje przynależność do zachodniej cywilizacji. Nazywanie tej presji łamaniem naszej suwerenności, a polskich polityków, którzy w Brukseli skarżą się na rząd w Warszawie, targowiczanami - nonsensem i moralnym nadużyciem. Rząd na razie broni się przed Brukselą, ale broni się miękko, inaczej niż za czasów Pani Premier Szydło, kiedy bronił się twardo. Także obecną postawę Pana Prezydenta zaliczyłbym do miękkiej obrony - inaczej niż to bywało w przeszłości. Czy to zapowiada odwrót, nie wiem. Ale wiem, że tylko odwrót umożliwiłby zaprowadzenie w Polsce standardów państwa prawa.

Reklama

To napisawszy, chciałbym wskazać pewną rysę na tym obrazie liberalnej Europy, która nas broni. Wczoraj media zachodnie bardzo obficie informowały o manifestacji poparcia dla Pani Pierwszej Prezes w Warszawie oraz o debacie z udziałem Pana Premiera w Strasburgu. W komentarzach zdecydowanie dominował ton krytyczny pod adresem rządu w Warszawie. Często podkreślano, że Unia jest również wspólnotą wartości i stwierdzano, że przez swoją legislację polski rząd wyłamuje się z tej wspólnoty. W tym kontekście niekiedy stawiano w jednym szeregu łamanie rządów prawa i ograniczanie praw kobiet. Tu zapala mi się czerwone światełko. Dlaczego?

Zmiany wprowadzone przez Prawo i Sprawiedliwość w wymiarze sprawiedliwości (i w kilku innych dziedzinach) zmieniają ustrój państwa. Zmieniają bowiem dotychczasowe reguły, które polegały na tym, że partia rządząca mogła prowadzić swoją politykę tylko wewnątrz tych reguł. Zgodnie z nimi PiS mógł np. zaostrzyć kodeks karny, ale nie mógł dowolnie wymieniać prezesów sądów - jak wiemy, partia Jarosława Kaczyńskiego zrobiła jedno i drugie. Krótko mówiąc, chodzi o różnicę między tym, co polityczne, a tym co ustrojowe. To, co polityczne, jest zmienne z kadencji na kadencję, albo i częściej, to, co ustrojowe, jest relatywnie stałe. To pierwsze wymaga większości bezwzględnej, to drugie - większości kwalifikowanej, którą nasza Konstytucja ustanowiła na poziomie 2/3. To bariera trudna do sforsowania. Ale filozofia polityczna PiS powiada, że tych ograniczeń nie trzeba się trzymać. Skoro mamy większość zdolną do rządzenia (większość bezwzględną), to możemy zmienić również reguły, które wymagają większości kwalifikowanej. Matematycznie rzecz ujmując, dla PiS-u 1/2 plus jeden głos jest większe niż 2/3. Że to się nie zgadza? Nie szkodzi, nasza legitymacja demokratyczna - powiada PiS - jest w istocie większa, bo sięga do głębi pragnień Polaków, pogrążonych dotąd w niemocy postkomunizmu, a to daje nam moralne prawo do łamania tych ograniczeń.

Takie rozumowanie jest uzurpowaniem sobie władzy ustrojodawcy, której partia rządząca w Warszawie nie ma. Stąd i opór Brukseli jest tu w pełni uzasadniony. Ale zmiana (nota bene, jeszcze niedokonana) jednej ustawy antyaborcyjnej na inną ustawę antyaborcyjną, to jest działanie w ramach tego co polityczne (zmienne, zależne od woli większości rządzącej). Jeśli Prawo i Sprawiedliwość przegłosuje zaostrzenie prawa antyaborcyjnego, i ta nowa ustawa zostanie zaskarżona do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, albo ktoś poskarży się na uszczuplenie jego praw przez tę ustawę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu - obie te skargi zapewne pozostaną nieskuteczne. Bowiem nie ma żadnej normy prawnej w Unii Europejskiej, która by tę dziedzinę regulowała. Unia uznaje wyłączną kompetencję państw członkowskich w tej materii. Także gdy chodzi o polski porządek prawny, może on tolerować bardziej restrykcyjne, niż obecnie obowiązujące, przepisy w tej dziedzinie. Tak, czy inaczej, nie ma tu mowy o zmianie ustrojowej.

Jeśli zatem nasi europejscy przyjaciele mówią nam: "wasza ustawa o Sądzie Najwyższym łamie wartości i normy europejskie" - mają rację. Gdy nam jednak mówią: "wasza restrykcyjna ustawa antyaborcyjna łamie wartości i normy europejskie" - racji w oczywisty sposób nie mają. Z powyższym wywodem powinni się - jak sądzę - zgodzić zarówno polscy zwolennicy, jak i przeciwnicy zaostrzenia przepisów aborcyjnych. Jest to bowiem kwestia zasad. W sporze z Unią chodzi o łamanie zasad ustrojowych, w sporze o ustawę antyaborcyjną - nie.

Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama