Reklama

Reklama

Silna Unia bez Polski?

W przemówieniu do ambasadorów Francji prezydent Macron przedstawił szeroką wizję francuskiej polityki zagranicznej i europejskiej. Tak: zagranicznej i europejskiej, ponieważ ta druga nie jest w Paryżu postrzegana jako klasyczna polityka zagraniczna, lecz – ze względu na specyfikę Unii Europejskiej - coś jakościowo odmiennego. Już ta różnica definicyjna, słabo zrozumiała w Polsce, dużo mówi. Ale do 2015 r. Polska – mimo jej odmienności kulturowych, a wyżej wskazana różnica definicyjna jest tego jednym z przejawów – była mimo wszystko postrzegana jako kraj, którego miejsce jest w Unii. Dawało to pewne szanse (nie za duże, prawdę mówiąc) na zniweczenie, a może tylko rozmycie projektu "Unii wielu prędkości". Teraz, w dobie Trumpa, a więc wobec większych wyzwań stojących przed Unią, a także w dobie Kaczyńskiego z Orbanem, a więc wobec utraty nadziei zachodnich Europejczyków na trwałe zakorzenienie się idei europejskiej w krajach Europy Środkowej, te szanse maleją. Poniedziałkowe przemówienie Macrona, jakkolwiek dotyczyło tej kwestii tylko marginalnie, jest tego kolejnym dowodem.

Prezydent Francji mówił o globalnej wizji obecności jego kraju w świecie, co nie dziwi, bo Francja ma ciągle takie ambicje, no i ciągle ma jeszcze taką pozycję. Już sama liczba 250 ambasadorów zgromadzonych w Paryżu, oraz rozmach prezydenckiej wizji, o tym przekonują. Tak, Francja jest najważniejszym aktorem europejskim - ważniejszym od Niemiec (z powodu zaszłości historycznych, a także słabej wewnętrznej pozycji politycznej pani kanclerz Merkel) i ważniejszym od Wielkiej Brytanii (dawniej z powodu braku ambicji europejskich Londynu, dzisiaj z powodu brexitu). Tak, Emmanuel Macron jest jedynym dziś politykiem w Europie, o którym się mówi, że jest europejskim liderem. Dlatego jego słowa - czy się go lubi i ceni, czy też przeciwnie - powinny być pod lupą analityków polskiej polityki europejskiej (albo - wedle PiS-u zagranicznej).

Reklama

Emmanuel Macron powiedział, że samodzielność Unii, jej suwerenność, jest dzisiaj tym ważniejsza o tyle, że główny pozaeuropejski partner w budowie ładu międzynarodowego po 1945 r. - Stany Zjednoczone - odwracają się plecami nie tylko od Europy, ale w ogóle od wielostronności w swoich stosunkach zewnętrznych, wybierając jednostronne decyzje w interesie USA. Macron wymienił w tym kontekście szereg tego typu decyzji podjętych za prezydentury Trumpa, ale powiedział też, że problem jest szerszy. Nazwał go kryzysem globalizacji. I nawoływał do zrozumienia głębokich przyczyn tego zjawiska. Powrót tożsamości narodowych nazwał "dobrą rzeczą", ale zarazem przestrzegał przed falą nacjonalizmu. Unilateralizm Trumpa określił jako złą odpowiedź na ów kryzys globalizacji.

Ten rozumiejący akcent w przemówieniu prezydenta Macrona nie powinien nas jednak mylić. Czym innym jest rozumieć głębokie przyczyny przebudzenia się narodowej świadomości (dawniej uśpionej pod warstwą post-historycznej nowoczesności), a czym innym zgadzać się na zakwestionowanie wartości, które konstytuują Unię Europejską. Macron wprost skrytykował koncept "demokracji nieliberalnej" - jak wiadomo wdrażany w życie, tak czy inaczej, na Węgrzech i w Polsce, i powiedział, że nie może on być zaakceptowany w Unii Europejskiej.

Na końcu paryskiego przemówienia prezydent Macron mówił o wzmocnieniu Unii. Jak wiadomo, jego ambitne projekty w tej materii napotykają opór, nawet w Niemczech nie zyskując dostatecznego wsparcia. Zapewne więc, ta ambitna wizja Unii federalistycznej nie spełni się tym razem (za tej, czy - być może - drugiej kadencji Macrona). Ale, jak wiadomo, potrzeba jest matką wynalazku. A to, że dotychczasowy ład międzynarodowy wali się, jest oczywiste. I to, że Unia musi znaleźć nowe gwarancje swojego bezpieczeństwa - też.

Dlatego, chociaż całościowa europejska wizja Macrona raczej się nie spełni, to punktowe zmiany - jako konieczność - zostaną wprowadzone. Na przykład europejska obrona. To, że Polska pod rządami PiS-u deklarowała kilkakrotnie zainteresowanie tym projektem, nie jest wystarczające. Dla wspólnej obrony potrzebna jest wspólnota wartości, inaczej czego byśmy wspólnie bronili? I tu mamy problem, bo w zachodniej części Unii (w "starej Unii") przekonanie, że Polska nie przestrzega wspólnych wartości, jest coraz bardziej rozpowszechnione.

Macron mówił w poniedziałek o "różnych kręgach" europejskiej integracji. Cóż prostszego, jak wypchnąć kraj, który w powszechnej opinii nie przestrzega wspólnych wartości, do kręgu mniej zaawansowanych? Nie twierdzę, że tak będzie. Twierdzę, że jest duża szansa, że tak się stanie. Polska polityka unijna (zagraniczna według PiS-u) musi to brać pod uwagę. Chyba, że się powie, że dla Polski kwestie bezpieczeństwa są drugorzędne. Kto tak powie?

Roman Graczyk   

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne