Reklama

Reklama

"Serce Europy" nie jest kochane w Europie

Ursula von der Leyen została, niewielką większością, wybrana przewodniczącą Komisji Europejskiej. Jej wtorkowe przemówienie w Parlamencie Europejskim w Strasburgu wyraźnie pokazało, że kandydatka ma kłopot, nie jest pewna wyboru, zatem zwraca się to do jednych, to do innych, po to, żeby uciułać te 374 głosy potrzebne do wyboru (większość bezwzględna plus 1 głos). We wtorek wieczorem operacja zakończyła się sukcesem: 383 głosami była minister obrony Niemiec została wybrana. Dla porównania: jej poprzednik, Jean-Claude Juncker, został w 2014 r. wybrany 422 głosami.

Ta różnica pokazuje inny dziś układ sił politycznych w Europie po ostatnich wyborach (wzrost sił populistycznych i eurosceptycznych). Bardzo wątła większość (tylko 9 głosów), jaką została po południu wybrana p. von der Leyen, tłumaczy jej przedpołudniowe wysiłki uciułania poparcia od różnych frakcji w PE. Na tym tle jest godne zastanowienia, że kandydatka tak ostro postawiła kwestię przestrzegania praworządności przez państwa członkowskie.

Reklama

Gdy politycy PiS mówią, że Ursula von der Leyen został wybrana dzięki głosom deputowanych tej partii w Strasburgu, mają rację. Rzeczywiście, gdyby zabrakło 26 głosów Prawa i Sprawiedliwości, kandydatka zarekomendowana wcześniej przez przywódców państw i rządów nie zostałaby wybrana. Co to znaczy? Dwie rzeczy.

PiS chciało się pokazać Europie jako solidny partner. Skoro to polski premier uniemożliwił desygnowanie Fransa Timmermansa, a więc pośrednio doprowadził do desygnowania Ursuli von der Leyen, byłoby krzyczącą niekonsekwencją, gdyby partyjni koledzy Mateusza Morawieckiego później zablokowali wybór kandydatki z Niemiec. Trzeba powiedzieć, że PiS w ten sposób udowodnił, że jest solidnym partnerem. Punkt dla Pana Prezesa i punkt dla Pana Premiera.

Drugą stroną tego medalu jest jednak fakt, że deputowani PiS do Parlamentu Europejskiego głosowali na niemiecką kandydatkę z zaciśniętymi zębami i nie wiadomo, jak rządząca w Polsce partia ostatecznie na tym wyjdzie. Zauważmy, p. von der Leyen nie tylko potwierdziła dotychczasową linię Komisji Europejskiej w kwestii praworządności, a więc linię którą uosabia znienawidzony przez PiS Frans Timmermans, ale dodała do tej twardej linii dwa nowe elementy: niesprecyzowaną zapowiedź utworzenia nowego unijnego mechanizmu kontroli praworządności oraz powiązanie decyzji o rozdziale unijnych funduszy z przestrzeganiem praworządności.

Gdybym był PiS-owskim eurodeputowanym, to słuchając przemówienia kandydatki na przewodniczącą KE, byłbym wściekły, zaś głosując kilka godzin później za jej kandydaturą, bo tak kazali Pan Prezes z Panem Premierem, miałbym poczucie połykania żaby. Ale ponieważ nie jestem PiS-owskim eurodeputowanym, oceniam ten wybór i jego polityczne okoliczności - paradoksalnie - jako porażkę polskiego rządu, która zarazem jest sukcesem Polski.  

Inaczej mówiąc, nie utożsamiam politycznego powodzenia polskiego rządu na unijnej arenie z sukcesem Polski. Wręcz przeciwnie. Uważam, że interesem Polski jest odwrócenie dewastacji wymiaru sprawiedliwości, które mogłoby się dokonać pod presją Brukseli (tak jak już dokonało się częściowe zatrzymanie tej dewastacji). W tym sensie nie uważam podwójnej porażki Beaty Szydło w staraniach o przewodnictwo Komisji Zatrudnienia i Spraw Socjalnych PE za porażkę Polski. Przeciwnie: jest w interesie Polski, żeby Pani Premier nie została wybrana na to stanowisko, bo właśnie to pokazuje, że Unia jeszcze nie porzuciła ambicji utrzymania europejskich standardów w Polsce (i szerzej: wśród państw członkowskich z Europy Środkowo-Wschodniej). A taka ewolucja Unii jest na dłuższą metę, moim zdaniem, całkiem realnym zagrożeniem.

Plakaty wyborcze Beaty Szydło głosiły "Polska sercem Europy". Znając wkład Pani Premier w "odzyskiwanie" Trybunału Konstytucyjnego i dalsze podobne wiktorie rządzącej partii, rozumiałem to hasło z dumną podobizną kandydatki, jako szyderstwo z europejskich reguł: "mamy demokratyczny mandat i co nam zrobisz Unio?". Otóż właśnie teraz Unia pokazuje, że może coś jednak zrobić - po pierwsze, kandydatce z Polski, ostentacyjnie nie wybierając jej, mimo że to stanowisko jest zarezerwowane dla frakcji Konserwatystów i Reformatorów; po drugie, rządowi polskiemu, który łamie unijne reguły.

Z tych powodów nie odbieram więc podwójnej porażki Pani Premier jako porażki Polski. Przeciwnie: jest to wzmocnienie Polski. Chyba, że ktoś utożsamia Polskę ze standardami praworządności rodem ze Wschodu.

Przykre to, ale nie da się inaczej. W normalnych warunkach z sympatią patrzyłbym na starania wszystkich polskich kandydatów na unijne stanowiska, skądkolwiek by - politycznie - pochodzili. Ale tym razem: basta. Symboliczne poparcie dla Beaty Szydło byłoby akceptowaniem polityki "mamy demokratyczny mandat i co nam zrobisz Unio?". Beze mnie.

Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje