Reklama

Reklama

"Salon" jest wszędzie

Jestem już we Francji. Kiedy przyjechałem kilka dni temu, panowały tu jeszcze polityczne wakacje, ale dzisiaj (w środę 25 sierpnia) prezydent Nicolas Sarkozy przewodniczył pierwszemu po kilkutygodniowej przerwie posiedzeniu rządu, a to oznacza, że polityczny młyn znowu zaczyna mielić w swoim zwykłym tempie.

Polityczne wakacje to zawsze we Francji czas pewnego wyciszenia emocji, ale w tym roku wyciszenie było jakby mniejsze. Tuż przed wakacjami, pod koniec lipca, Sarkozy miał w Grenoble ostre przemówienie na temat bezpieczeństwa publicznego i imigracji - temat, który we Francji zawsze wywołuje wielkie polemiki jak, nie przymierzając, u nas temat krzyża.

Reklama

W Grenoble Sarkozy zapowiedział zaostrzenie walki z drobną przestępczością i nie zawahał się powiązać tego zjawiska z problemem imigracji. W ten sposób przekroczył (nie po raz pierwszy) obowiązujące w tym kraju od kilku dziesięcioleci tabu.

Poprawność polityczna nakazuje bowiem mediom, analitykom, politykom (i jeśli się nie mylę, do pewnego stopnia także naukowcom) milczeć na temat pochodzenia etnicznego sprawców burd, zorganizowanych napaści na policjantów etc. Tymczasem jest to - w przytłaczającej większości - dzieło młodych ludzi, obywateli francuskich - dzieci lub wnuków imigrantów, najczęściej z krajów Margebu lub czarnej Afryki.

Poprawność polityczna wymusiła na głównych aktorach debaty publicznej regułę, zgodnie z którą, jeśli dochodzi do tego typu zdarzeń, mówi się o ich sprawcach posługując się nowomową typu "młodzi", "młodzi chuligani", "młodzi chuligani z przedmieść", unikając jak ognia wzmianki o pochodzeniu etnicznym tych miłujących pokój młodzieńców.

Jest w tym - przyznajmy - coś z dwustuletniej tradycji republikańskiej, zgodnie z którą wszystkie "dzieci Republiki" są Francuzami, niezależnie od religii, rasy czy języka. Ale - powiedzmy wprost - jest też zwykła głupota. Albo inaczej: pułapka własnej postępowości, która nie nazywając rzeczy po imieniu, nie potrafi ogarnąć problemu intelektualnie, a tym bardziej znaleźć systemowego rozwiązania.

Oczywiście, problem jest dramatycznie skomplikowany. Napisano na ten temat tomy i nie da się go tutaj streścić w kilku akapitach. W każdym jednak razie problem jest o tyleż bardziej nierozwiązywalny, o ile sami Francuzi unikają mówienia o nim wprost.

Otóż Sarkozy, przekraczając tę niepisaną normę, zapowiedział w Grenoble, że rząd będzie dążył do takich zmian legislacyjnych, które umożliwią pozbawienie obywatelstwa francuskiego sprawców zabójstw policjantów. Prawdopodobnie ten projekt okaże się niekonstytucyjny i jako taki upadnie. W tym sensie krytycy Sarkozy'ego mają rację. Ale nie mają racji nazywając jego politykę - polityką rasistowską.

Takie jest tło otwarcia francuskiego sezonu politycznego. Na tym tle wydarzeniem ostatnich dni jest sprawa rozbijania przez policję nielegalnych obozowisk Romów i ich ekspulsowania do Rumunii i do Bułgarii. Znowu podniósł się wielki krzyk: protestuje opozycja, Kościół (włącznie z papieżem), Unia Europejska, Rada Europy, a nawet dwóch byłych prawicowych premierów (Jean Pierre Raffarin i Dominique de Villepin).

Pewna lekarka, Anne-Marie Gouvet, odmówiła na znak protestu przyjęcia Legii Honorowej od Sarkozy'ego. Pewien ksiądz, Arthur Hervet, z kolei odesłał swój medal zasługi, wręczony mu niegdyś przez obecnego ministra spraw wewnętrznych, Brice'a Hortefeux - także na znak protestu. Do kompletu ksiądz dołożył jeszcze publiczne wyznanie, że modli się o atak serca dla Sarkozy'ego. Później ksiądz się zmitygował i wycofał te słowa. Nie zmienia to faktu, że atmosfera wokół polityki bezpieczeństwa prezydenta jest nader ciężka.

Gdybym był Francuzem, nie miałbym tu lekko, bo musiałbym bronić "rasistowskiej" i "ksenofobicznej" polityki Sarkozy'ego, wbrew temu, co się tu nazywa "la pensée unique", a co się w wolnym tłumaczeniu na nasze czyta jako "salon". Dlaczego?

Ano dlatego, że "la pensée unique" zawsze w takich razach abstrahuje od rzeczywistości, lewitując wysoko w sferze nieweryfikowalnych idei. Tym razem rzeczywistość zaś jest taka, że we Francji przebywa dziś ok. 15 tys. Romów z krajów dawnego bloku wschodniego i jest kilkaset ich nielegalnych obozowisk. Wokół tych obozowisk powstają szybko strefy zniszczenia, jak po przejściu cyklonu, a ludzie z sąsiedztwa zaczynają bacznie pilnować swoich domów, samochodów, a nawet toreb na ulicy. Każda gmina ma tu obowiązek wyznaczyć teren na tego rodzaju obozowisko, ale wiele gmin się od tego uchyla.

"La pensée unique" udaje, że nie wie, dlaczego tak się dzieje. Woli okładać Sarkozy'ego cepem ksenofobii i rasizmu. Czy czegoś wam to nie przypomina?

Roman Graczyk

Dowiedz się więcej na temat: W.E. | ksiądz | Grenoble | wakacje | salon | Nicolas Sarkozy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje